Dziś będzie krótko… O darach Ducha Świętego

Jestem po formacji z Misjonarzami. (Formacja – od formowania. Ma na celu pokazać, ukształtować pewne postawy, zachowania. Ma nauczyć korzystać z wiedzy przekazanej.) Podzielę się kilkoma myślami z tego czasu. Niekoniecznie chyba składnymi, ale dlaczego o nich nie napisać?
 
Mieliśmy tym razem spotkanie z Duchem Świętym. A konkretnie to z jego charyzmatami. Największą ciekawostką było dla mnie, że jest ich ponad 300 – jeśli policzyć wszystkie, o których mowa jest w Biblii!
Wyobrażacie sobie, że każdy z nas jest czymś obdarowany?! Że w każdym złożone jest zarzewie daru, który tylko czeka, by się rozpalić.
Dlaczego nam tak trudno korzystać z darów? Myślę, że tym, co najbardziej paraliżuje i zamyka na dary, jest lęk. Może też niewiara albo niewiedza. Ale kiedy już zaryzykuję – wtedy cuda gwarantowane… Niekoniecznie od razu spektakularne uzdrowienia (choć dlaczego nie?), ale takie potrzebne w codzienności, jak rozeznanie czy wiara. Każdy jest potrzebny, stąd ich różnorodność.
Myślę też sobie, że Bóg patrzy na każdego bardzo indywidualnie i tak rozsyła swe dary, tak je lokuje, by trafiły najlepiej. Łaska bowiem buduje na naturze. Bóg wykorzystuje naturalne zdolności człowieka i je przemienia, umacnia, ulepsza. Ważne, by być uważnym na natchnienia, na Jego poruszenie – subtelne, a jakże mocne.
Byle nie zatracić w sobie, nie zgubić tej delikatnej nici łączącej mnie z Bogiem… Być wiernym, być ufnym, być gotowym.
A On pośle swego Ducha i będziemy głosić Jego Miłość, Miłosierdzie, a głoszeniu będą towarzyszyć znaki 🙂
Spokoju na noc i gotowości na cuda z Duchem Świętym
😇🌸

O Ewie pramatce

Dziś mam konferencję dotyczącą pierwszej kobiety w Biblii… No nie powiem, stresuję się. Materiały niby są, wszystko niby rozumiem, ale jak tu opowiadać o Ewie, kiedy ciągle w komentarzach pojawiają się mężczyźni? No i właśnie mnie natchnęło – przecież bez ich kontekstu trudno by było zobaczyć, jakie tak naprawdę jesteśmy!

To chyba to zestawienie nas – kobiet obok mężczyzn, sprawia, że stajemy się tacy wyraźni, tacy różnorodni i kompletni.

Co mnie urzekło i zastanowiło? Przede wszystkim fakt, jak bardzo grzech zniszczył relację pierwszych ludzi. Zobaczcie, kiedy Bóg pyta Adama, dlaczego zjadł owoc, on automatycznie mówi, ze Ewa mu go dała. Przypuszczam, że ona, usłyszawszy ten zarzut, przede wszystkim poczuła się zdradzona, na zasadzie – jak możesz?! Jak możesz mi to rozbić? Zostawiasz mnie, zrzucasz na mnie! Więc sama szuka winnego i znajduje węża.

Przecież Adam i Ewa byli w ogromnej bliskości, zarówno duchowej jak i psychicznej, i fizycznej. Grzech sprawił, że nastąpił zgrzyt, przerwanie więzi, nadużycie zaufania. I tak jest do dziś. Brak empatii, niechęć do drugiego, brak cierpliwości, opryskliwość – burzą i nadwątlają moje relacje.

Drugą rzeczą jest wspomniana w opisie upadku człowieka „nagość”, której doświadczają pierwsi ludzie i to, co z nią robi Bóg. To jest absolutnie niesamowite. „Nagość” w języku biblijnym oznacza utratę godności osobowej i społecznej, utratę własnej tożsamości (cytuję za: S. Biel SJ, K. Biel SJ, Kobiety. Między miłością a zdradą, s.16.). Bóg nie dość, że przecież wie, co nasi prarodzice zrobili, to jeszcze idzie w ich stronę i woła: „Gdzie jesteś”? Owszem, skutkiem grzechu są: trud życia, zdobywania pożywienia i porodu, ale i obietnica zbawienia w Jezusie wywodzącego się z potomstwa Ewy oraz (!) fakt, że Bóg sam szyje (sporządza) dla mężczyzny i kobiety odzienie ze skór. Zobaczcie, Bóg zajmuje się okryciem naszej nagości, przywracając tym samym godność człowiekowi. Nawiązuje nową relację z nimi i między nimi… To niesamowita dbałość, Miłosierdzie, troska…

Bóg troszczył się o Ewę, nie odrzucił ani jej, ani jej Adama. Jest dla nas – współczesnych Ew – nadzieja. W Jego sercu, w Jego miłosierdziu, w Jego miłości 🙂

A na koniec cytat, który mnie ujmuje chyba najbardziej – o Ewie, która przekroczyła granice poznania i o tym, jakie dobro wyprowadził z tego Bóg (źródło jak wyżej, s.26.):

Ewa chciała zakosztować życia ze wszystkim, co ono przynosi. Przyjęła wszelkie tego konsekwencje, poznała szczęście i ból. Doświadczyła siebie samej i przez to zyskała poznanie i własną, osobistą dojrzałość (L. Jarosch).

Myślę, że była szczęśliwa. Mimo bólu, cierpienia, utraty syna, poznania, czym jest grzech i doświadczenia go, była szczęśliwa. Odnajduję się w tym, a Ty?

*Wszystkie wcześniejsze wynurzenia i refleksje oparte są również o fragmenty Biblii – Rdz 1-4.

Marzenia na Nowy Rok

Początek roku, Nowego Roku, niby czas postanowień i rzucania sobie wyznań. Zadaję sobie pytanie, co mi po nich? Co mi po kolejnych postanowieniach? Rzadko w moim życiu robiłam postanowienia noworoczne. Wolę chyba myśleć o nich w kategorii marzeń do spełnienia. I te, owszem, mam.

Zadałam sobie zatem pytanie – czego bym w tym roku chciała? Czego pragnę? Na czym mi najbardziej zależy? Bardzo chcę odnaleźć odpowiedź na pytanie o dalszą pracę, czy to ma pozostać szkoła, a jeśli nie – to czym mam się zająć? Chcę się dalej uczyć, interesuje mnie diagnoza pedagogiczna, terapia. Jeśli znajdę środki, chcę podjąć studia. Nie wiem, czy podołam – tu od razu rodzą się we mnie wątpliwości. Pojawia się lęk. Ale przecież on jest normalny. Mimo niego będę marzyć, będę chcieć.

Marzę o dobrym życiu, wystarczająco dobrym i szczęśliwym. Marzę o poprawie moich finansów, o domu i wszystkim tym, co z nim się mi kojarzy.

Marzę o wakacjach, w czasie których wyjadę pozwiedzać; marzę o widoku gór, o słońcu na ich szczytach…

Marzę o Bogu, bliskim i dobrym, o relacji z Nim, o relacji która trwa, która jest bezpieczna.

Ojcowie Przymierza Miłosierdzia, Enrique i Antonello, napisali książkę „Boże marzenie”, w której opisują, jak z ich marzenia powstałego podczas modlitwy i rozeznawania zrodziła się Wspólnota. Wierzymy w niej, że Bóg pragnie, żebyśmy marzyli, pragnie spełniać nasze marzenia. W moich modlitwach proszę, żeby moje marzenia były tymi, które On dla mnie wymyślił. Żeby były dobre i dawały szczęście…

Niech to będzie wystarczająco dobry rok, pełen spełnionych marzeń i błogosławieństw 🙂

Ponad trzy lata… i „MAGIS”

Ponad trzy lata temu tu ostatnio zajrzałam.

Czas minął bezpowrotnie. Przeżyłam kilka trudnych doświadczeń, kilka „dziwnych” zdarzeń. Zobaczyłam, czym jest choroba, przeszłam przez nią i wiem, że dużo dzięki niej (bądź przez nią) się dokonało – w życiu moim i moich najbliższych. Proces leczenia trwa i pewnie jeszcze potrwa, w końcu to terapia długoterminowa.

Zmieniłam pracę, moje dzieci niemal dorosły, a moja perspektywa widzenia świata uległa modyfikacji…
Ciągle patrzę z ciekawością, ale chyba inaczej. Chcę widzieć więcej prawdy, więcej tu i teraz, nie chcę dać się oszukać, nie chcę wybiegać daleko. Chcę być. Chcę żyć.
Moje doświadczenia pokazują, że ciągle jestem w drodze. Szukam, pytam, czy to, co robię, jest tym, co rzeczywiście chcę i powinnam robić w życiu.
Czy moje miejsce jest w szkole, wśród uczniów, gwaru, hałasu i kolejnej reformy, czy może w moim własnych dziele – firmie służącej innym. Niewiele umiem poza uczeniem innych, robię to ponad dwadzieścia lat… Ale… Mam doświadczenie, lubię pisać, uwielbiam czytać, wiem, że potrafię dobrze przygotować konferencję, mam jakiś tam zmysł organizatorski, potrafię pracować z ludźmi i podobno mam radiowy głos 😉 Na razie zastanawiam się, co dalej z tymi „atutami” zrobić.

Pewna bardzo bliska mi kobieta przysłała mi zdjęcie formularza zawierającego dane jej firmy. Dziś ją założyła. Bardzo się cieszę. Tym bardziej, że myślałyśmy o takiej działalności już wcześniej. Ona jednak ma odpowiednie kwalifikacje do jej prowadzenia. Bardzo chętnie włączę się w to dzieło. Jeszcze nie wiem jak, na razie będę głośno wszem wobec ogłaszać, że od dziś mamy w okolicy „Magis”, czyli Pracownię Wspomagania Rozwoju i Psychoedukacji. „Magis” z łaciny znaczy – „bardziej”, „więcej”, łączy się z duchowością ignacjańską i zakłada nastawienie dynamizujące, szczególnie w relacji z Bogiem. Właśnie jej decyzja, jej podzielenie się tą radością sprawiły, że wróciłam tutaj.

Może to miejsce jest częściowo po to, bym odnalazła odpowiedź? Się okaże 😀

 

Autentyczność

We wczorajszym czytaniu z listu do Galatów święty Paweł ostro krytykuje świętego Piotra (Gal 2,1-2. 7-14). Próbowałam wyobrazić sobie tę scenę, w której Paweł przyłapuje Piotra na fałszu. Ciekawe, czy od razu żywiołowo zareagował? Pewnie tak, bo należał raczej do choleryków niż do flegmatyków. A zachowanie Piotra nie do końca mnie dziwi. Jego postawy bywały zachowawcze już za życia Jezusa, np. kiedy próbuje powiedzieć, że nigdy nie przyjdzie na Niego chwila męki albo kiedy się Go zapiera.

Teraz sytuacja jest trochę odmienna, choć mechanizm działania ten sam. Piotr nie umie być szczery wobec swoich przyjaciół/znajomych z Jerozolimy. Nie umie być wierny swojemu wyborowi, nie umie być miłosierny wobec „nawróconych pogan”. Pomimo początkowo zawiązanych relacji, on z nich rezygnuje, kiedy pojawiają się towarzysze. Odsuwa się od nowo nawróconych nie-Żydów. Udaje. w zasadzie to i przed Bogiem i przed ludźmi i przed sobą samym. Pewnie boi się ich opinii. Ale przecież już wcześniej ustalili, że „wszystko ok,” można głosić poganom. Dlaczego się wycofał, dlaczego zaczął udawać, dlaczego wciągnął w to Barnabę? Tak naprawdę tylko Kefas zna odpowiedź.

Ja myślę, że czasami sama zachowuję się jak Piotr. On był Opoką, pierwszym papieżem, znał Jezusa realnie, Chodził z Nim, był w Wieczerniku. I tak udawał i tak lękał się opinii innych. Ze mną jest podobnie. Są sytuacje, kiedy nie chcę być widziana z jakimś człowiekiem ze wspólnoty. Nie jest mi na rękę, że ktoś widzi, jak wchodzę do kościoła. Pamiętam nawet sytuację, w której szłam ze wspólnotą na ewangelizację i myślałam, czy ktoś znajomy mnie zauważy. Ktoś – w znaczeniu niezwiązany z Kościołem, z Jezusem. Przełamałam obawy i poszłam i doświadczyłam radości apostoła. Sam jednak fakt pojawienia się lęku, świadczy o niedojrzałości. O braku pewności, że Ten, któremu służę, jest ważniejszy, mocniejszy. Jest Panem, jest Miłością.

Tylko, jeśli będę wpatrywać się w oblicze Boga, będę mogła bez lęku iść i nieść Go innym. Zatopiona w Miłosierdziu, nie będę w stanie tego nie robić.

Paweł zarzucił Piotrowi nieautentyczność. Myślę, że to chyba najważniejsze w tym tekście – tylko jeśli żyję tym, co głoszę, przekonam tych, do których idę. A raczej Jezus w moim życiu ich przekona. Tylko wtedy będę autentyczna, tylko wtedy nie będę lękać się opinii mych bliźnich. Nie będę fałszywa, lecz autentyczna.

Zapisane imię

Jezus zapewnia swoich rozentuzjazmowanych uczniów, że najważniejsze jest nie to, że duchy są im posłuszne, nie to, że mogą uzdrawiać, ale to, że ich imiona zapisane są w niebie.
Ten fakt z dzisiejszej Ewangelii stał się początkiem pewnej myśli. „Oto wyryłem cię na obu dłoniach…” Iz 49,16 – mówi Bóg. Moje imię wyryte jest na Jego dłoniach. Jest zapisane w niebie. Zastanawiałam się pierwotnie, od kiedy moje imię zapisane jest w niebie? Czy od momentu podjęcia decyzji, aby pójść za Nim, od chwili, w której zdecydowałam się żyć z Nim i służyć tymi darami, które mocą Ducha Świętego mi ofiarował? Zrozumiałam jednak, że zapisana w niebie jestem od zawsze, od początku, zanim jeszcze pojawiłam się na ziemi. Bóg wiedział, że będę, zapisał mnie. Wyrył na dłoniach. I przeznaczył do głoszenia Dobrej Nowiny. Wyposażył we wszystko, co potrzebne, aby wypełnić to powołanie. Zadziwia mnie, jak On mi zaufał. Jak zaufał każdemu człowiekowi. Ma wyryte na dłoniach imiona wszystkich ludzi. Czeka, aż odpowiemy na Jego wołanie, na miłość, na miłosierdzie i staniemy się świadkami. Jeśli będę patrzeć w Jego twarz, jeśli zanurzę się w Jego miłosierdziu i nieskończonej miłości i będę dzielić się tymi doświadczeniami z innymi, jeśli o tych faktach będzie świadczyć moje życie, Bóg potwierdzi wszystko znakami.
Mam wszystko, moje imię zapisane jest w niebie. To mi często brak odwagi, żeby odszukać się w Bożych dłoniach miłości. A przecież to powinno być najważniejsze – wybrał mnie. Reszta – znaki, „przyjdzie sama”.

Wyjdź za próg…

J.R.R. Tolkien w „Hobbicie” mówi „niebezpiecznie jest wyjść za próg”. Dlaczego? Bo za tym progiem może spotkać cię przygoda. Jeśli masz usposobienie podobne do hobbita, to nie jesteś zwolennikiem przygód. Wolisz wygodną norkę, pełną spiżarnię, fajkę z najlepszym zielem Shire’u i spokój.
Nagle przychodzi taki Gandalf i każe ci wyjść za próg! Każe opuścić wygodny domek, zapomnieć o drugim śniadaniu, o chustce do nosa i wszelkich innych wygodach. A co oferuje w zmian? Nową jakość życia, nowych przyjaciół, możliwość dania wreszcie innym czegoś z siebie i od siebie. I Bilbo poszedł… a później Frodo – aż na Górę Przeznaczenia.
Podobne dylematy przeżywamy zapewne, kiedy staje przed nami Jezus i mówi – pójdź za mną! Prosi przy tym – nie oglądaj się. Tłumaczy, że nie zapewni ci komfortowych warunków, ale jednocześnie ukazuje, że masz być wpatrzony w niego, a niczego ci nie zabraknie. Nie masz się oglądać wstecz, nie masz szukać chustki do nosa, czy fajkowego ziela. Niezależnie co przeszkadza tobie pójść za nim, on mówi, abyś to zostawił.
Myślę sobie, że mi trudno przestać martwić się o dzieci i o nasze życie codzienne. To na to się najczęściej oglądam. Martwię się, że nie zatroszczyłam się wystarczająco o synów. Mam jakieś beznadzieje wyrzuty, że idąc za Jezusem, zostawiam ich. A przecież on tak samo troszczy się o nich jak o mnie. Tak samo chce zapewnić im życie w obfitości. Tak samo jest blisko nich jak mnie.
Hania W. mi to pokazała. Skoro mówię Jezusowi – „troszczysz się Ty” i odnoszę to do siebie, to tak samo mogę, a wręcz powinnam, odnieść te słowa i do dzieci. On troszczy się o nich i o mnie! A mimo tej wiedzy miewam obawy.
Jezus mówi, że mam porzucić wszystko, co mnie zniewala, spojrzeć na niego, pozwolić się prowadzić. On o resztę się zatroszczy.
Gandalf zatroszczył się o Drużynę. Poświęcił siebie, aby mogli uciec przed Barlogiem – symbolem zła/szatana. Umarł dla świata, dla nich, ale odrodził się w nowej postaci, aby na nowo być przy przyjaciołach, by im pomagać, wspierać. Został przez swoją ofiarę oczyszczony. Z Gandalfa Szarego stał się Białym.
Tak jest moim zdaniem, kiedy przyjmuję postawę służby, kiedy jestem wierna Jezusowi, nie oglądam się i służę – wtedy on działa, oczyszcza i przemienia. Czyni szlachetnym i pięknym, gotowym do dalszych zadań. Ja umieram, a on zaczyna żyć we mnie.
Tak trudno się nie oglądać, nie tęsknić za komfortem, nie martwić się o przyszłość… A Jezus wyraźnie mówi – „Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże” Łk 9,60. I nie idzie tu o brak pamięci o moich bliskich, czy że nie mam czynić tego, co względem nich powinnam. Ja mam przede wszystkim głosić królestwo Boże, mam głosić Ewangelię, Dobrą Nowinę o królestwie. Mam patrzeć w Jezusa. Wtedy reszta ułoży się sama, każda sprawa „wskoczy” na swoje miejsce, problemy znajdą rozwiązanie, Jezus zatroszczy się i o bliskich i o mnie i o nasze codzienne potrzeby.
O wiarę proszę. O nadzieję i o miłość – by trwać wiernie i nie puszczać pługa ani na chwilę.

P.S. Pozwolę sobie ten wpis zadedykować mojej młodej przyjaciółce, Annie N., z wdzięcznością – ona wie dlaczego 🙂

https://www.youtube.com/watch?v=jlc7rWVvq2Q

https://www.youtube.com/watch?v=jlc7rWVvq2Q

Tekst ukazał się pierwotnie tutaj

To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie…

Tytuł wpisu pochodzi z księgi Koheleta. Ostanie czytania tygodnia były przez tego autora zdominowane.

Zaczęło się od przemijania. Marność nad marnościami (por. Koh 1,2-11) mówi, zatem nie ma sensu zabieganie o teraźniejszość, o dobrobyt, nie warto się trudzić? Bo tak jak słońce wschodzi i zachodzi, tak człowiek rodzi się i umiera… Jednak życie jest wyzwaniem. Chcę je PRZEŻYĆ, a nie przejść obok niego. Mimo upadków, lęków, frustracji i marudzenia, chcę widzieć piękno, miłość, dobro i chcę wierzyć, że moje życie nie jest przypadkiem… Myślę, że Kohelet zachęca do równowagi, do mądrego korzystania z życia, bez hedonizmu i popadania w skrajności. Wszystko jest marnością – w obliczu Bożej Miłości, Jego Miłosierdzia i Jego zamysłów wszystko blednie. Kohelet pokazuje raczej, jak sądzę, perspektywę, z której mam patrzeć na świat – Bożą perspektywę.

Mówienie jest wysiłkiem: nie zdoła człowiek wyrazić wszystkiego słowami (por. j.w.). Kolejny cytat z Koheleta. Dlaczego zatem tak usilnie staram się dobrać słowa, dlaczego staram się oddać wszystko, co wytworzy się w mojej głowie, w myślach, w sercu? Chcę być zrozumiana. A może bardziej sama siebie chcę zrozumieć? Co zrobić, kiedy wszystko staje się wysiłkiem? Każdy dzień, pójście do pracy, wykonywanie codziennych obowiązków, myślenie, bycie z ludźmi, z samą sobą? Bywa, że te czynności stają się ponad siły, ponad możliwości percepcji i wytrzymałości. Wtedy próbuję opowiedzieć to samej sobie, żeby wziąć się w garść, żeby coś pojąć. Ma rację autor powyższego cytatu – słowami nie da się wyjaśnić wszystkiego. Nawet jeśli wypowiem myśli i uczucia, to dla słuchającego moje słowa mogą znaczyć coś zgoła innego niż dla mnie.

To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem (j.w.). Niezależnie od czasów, rozwoju cywilizacji, postępu itp. itd., serce człowieka jest takie samo. Tak samo odczuwał nienawiść i miłość człowiek 4000 lat temu i tak samo doświadcza ich współcześnie. Zmieniają się media, sposób podróży, wyposażenie naszych mieszkań, ale to, co najgłębsze się nie zmienia.

Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem… (por. Koh 3,1-11). I dalej następuje wyliczenie przeciwieństw. Czy umiem czekać na odpowiedni czas? Czy zgadzam się na tę niezmienną przemienność losu, życia, czasu? Trudno mi się pogodzić z taką wizją zaproponowaną przez Koheleta. Niecierpliwość, brak pokory często biorą górę nad zaufaniem, że wszystko ma swój czas… Wolałabym czasami po swojemu poukładać, nie czekać na Bożą odpowiedź. A przecież wiem już doskonale, że to się zwyczajnie nie opłaca… Takie „wychodzenie przed szereg” rodzi zbyt wiele bólu, zbyt wiele krzywd, łamie ducha i serce. Wiem, bo to przeżyłam.

Odchodząc od Koheleta – we wczorajszej Ewangelii Jezus powiedział, że będzie wydany w ręce ludzi (Łk 9,43b-45). Uczniowie nie pojęli tego, ale bali się zapytać. Zadziwia mnie, że byli z Nim tak blisko, tyle widzieli i doświadczyli, a mimo to, był w nich lęk. Co więcej, myślę, że Jezus doskonale wiedział o tym problemie swych uczniów. Zostawił ich jednak z wątpliwościami.

Sądzę, że teraz jest podobnie. Myślę, że Jezus chętnie odpowie na moje pytania – pod warunkiem, że Mu je zadam. Że odważę się zapytać i nastawię się, że może mi odpowiedzieć również przez osoby, po których najmniej się tej odpowiedzi spodziewam – to tak odnośnie dzisiejszej Ewangelii (Mt 21,28-32). W końcu, skoro sam uniżył siebie „przyjąwszy postać sługi” (por Flp 2,1-11), dlaczego nie miałby i mnie tego nauczyć?

Ostatnio pomyślane

Liturgia obfitowała ostatnio w teksty o miłości i marudzeniu, niezdecydowaniu, o mądrości i o nieposłuszeństwie, o miłosierdziu i o tym, że myśli Boga to nie moje myśli… Jakoś razem mi się poskładało. W jaki sposób? Śpieszę wyjaśnić.

Hymn o miłości jest chyba jednym z najbardziej rozpowszechnionych tekstów biblijnych. I fajnie by było, gdy był to tekst nie tylko znany, ale też rozumiany i stosowany. Doskonale wiem, że moje zachwyty nad niewątpliwym kunsztem poetyckim św. Pawła na niewiele się zdadzą, jeśli nie zrozumiem, o co mu szło z tą miłością. Uczono mnie, że zamiast słowa „miłość” warto wstawiać swoje imię i zrobić taki duchowy rekonesans, jak to ze mną właściwie jest. Zawsze wypadałam blado, co więcej – nadal tak wypadam. Ale… Zrozumiałam w końcu, że tak naprawdę miłość to ciągłe dawanie szansy – sobie samemu i drugiemu człowiekowi. Nie idzie mi tu o sticte damsko – męskie relacje, ale takie zwyczajne – międzyludzkie.

Marudzenie, przekora i niezdecydowanie to niby cechy dzieci. Ale nie tylko, my dorośli często nie jesteśmy ludźmi zdecydowanymi, wiernymi swoim wyborom. Marudzimy Bogu – chcę tego albo tego. Nasze wyobrażenia – moje wyobrażenia – bywają całkowicie rozbieżne od rzeczywistego obrazu Stwórcy. Jezus mówi o sobie: Syn Człowieczy – Bóg w ciele człowieka; z całym „dobrodziejstwem inwentarza” naszego ciała – jadł i pił i został „żarłokiem i pijakiem”. Jan Chrzciciel nie jadł i nie pił i został uznany za opętanego. (Łk 7,31-35). Jakże przewrotną istotą jest człowiek!

Co więcej, sam Jezus potrafił przyczynić się do zasmucenia rodziców. To tylko podkreśla mi jego człowieczeństwo. Zresztą nieposłuszeństwo zostało logicznie przez dwunastolatka wyjaśnione. (Łk 2,41-52). Ja próbowałam wyobrazić sobie, co bym czuła, gdyby któryś z moich synów zginął i co bym powiedziała, gdyby się odnalazł. Na pewno nie poprzestałabym na pytaniu Maryi: „Synu, czemuś nam to uczynił?”. Zdań wypowiedzianych z prędkością światła byłoby znacznie więcej… I zapewne nie byłoby w nich tyle spokoju. Maryja kolejny raz mnie zadziwiła.

Wczoraj była pora zasiewu (ŁK 8,4-15). I odwieczne dla mnie pytanie – jaką jestem glebą? Obumierającą, mówiąc najoględniej. Zmagającą się ze sobą. Ziarno obumiera, zanim wyda plon. Jest dla mnie chyba nadzieja.

Nie umiem w pełni kochać, nie umiem z miłością i cierpliwością patrzeć na zdarzenia mojego życia. Ciągle pytam, ciągle dociekam, chcę wiedzieć, rozumieć, widzieć działanie. Chcę też umrzeć i zmartwychwstać. I dosłownie i w przenośni.

Gospodarz znalazł mnie dość szybko, mam chyba jeszcze trochę czasu i na obumieranie i na wydawanie plonu. Chciałabym pamiętać w tym czasie, który jest mi jeszcze dany, że nie muszę wszystkiego rozumieć, że nie muszę widzieć sprawiedliwości, której się spodziewam, że nie muszę być doskonała, choć mam się doskonalić. Oby mi wystarczyło pokory, obym nie porównywała się z innymi. Umieć cieszyć się z nawrócenia i powołania innych, bez zazdrości i poczucia niesprawiedliwości – oto „coś”, co teraz mnie przerasta.

Proszę nieustannie, aby myśli moje stały się myślami Bożymi i drogi moje – Jego drogami. Obierając Go za swego Pana i Zbawiciela, mogę być pewna, że On postawił mnie na właściwej ścieżce, to ja z niej schodzę – za każdym razem, kiedy odwracam wzrok od źródła mądrości i miłości, kiedy nie patrzę z Jego perspektywy na świat, siebie i ludzi.

Podstawą wszystkiego jest miłość. Więc o miłość proszę. Choć i o mądrość i o siły, by tej miłości nie zatracić i nie zmarnować też.

Dobre imię

I znów się pojawiasz, Maryjo. Dziś wspomnienie Twego Imienia. Takie Twoje imieniny. Czy dbałaś o swoje dobre imię, czy zabiegałaś o względy ludzi, aby dobrze o Tobie mówili? Nie sądzę. Gdyby tak było, nie zgodziłabyś się zostać matką Jezusa. Bałabyś się, „co powiedzą”. Ciąża jest, z mężem nie mieszka itd. itp. Ważniejsze było dla Ciebie wypełnienie prośby, pragnienia Boga. Zgodziłaś się Mu pomóc! Dzięki Tobie przyszło na świat Słowo Wcielone, mój Zbawiciel. Tak, właśnie tak to widzę.

Kiedy Jezus czegoś ode mnie oczekuje, kiedy coś mi proponuje, to pyta mnie niejako o zgodę. Nie zmusza  mnie, nie zabiera mi wolnej woli. Co więcej – czeka na moją decyzję, a podjęcie pozytywnej jest jednoznaczne z podjęciem współpracy i pomocą Najwyższemu. Współpraca zobowiązuje do lojalności. Myślę, że o tym też mówi dzisiaj św. Paweł. „Świadom jestem ciążącego na mnie obowiązku. Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii.” (1Kor 9,16). Paweł zawarł z Bogiem „umowę”. Uwierzył w Niego, zaczął Mu służyć, czego konsekwencją jest głoszenie Ewangelii. Dalej mówi, że umie być wszystkim dla wszystkich, a to znaczy, że łamie schematy, że dostosowuje przekaz do odbiorcy, że znajduje kanały, by do niego dotrzeć. Tak sobie myślę, że często nie chce mi się szukać sposobów, nowych przykładów do głoszenia. Nie chce mi się korzystać z podszeptów Ducha Świętego. Jest tak częściowo z czystego lenistwa, a częściowo z obawy przed wysiłkiem i zmianami. Ja nie lubię zmian…

Powrócę do Ciebie Maryjo – Ty zgodziłaś się na zmiany. Bardzo radykalne, wywracające Twoje życie i dobre imię do góry nogami… Myślę, że Paweł zrobił podobnie. Decyzja pójścia za Jezusem była odwróceniem całego jego systemu wartości i życia. Też musiał przestać dbać o swoje dobre imię…

Dzisiejsza Ewangelia mówi o obłudzie. I ją można, myślę, zestawić z wcześniejszymi moimi rozmyślaniami. Maryja nie była obłudna, ani względem Boga, ani ludzi (szczególnie Józefa), ani siebie samej. Zrobiła krok wiary. Wiernie wypełniała swoją obietnicę – „Oto ja służebnica, Pańska…” Nie chlubiła się, nie dawała do zrozumienia, że jest kimś lepszym, bardziej wybranym, bardziej czystym i kochanym. Myślę, że miała świadomość swej niedoskonałości – widziała belkę w swoim oku. Paweł też ją widział, co prawda nazywał ją „ościeniem” (por. 2Kor 12,7), ale to na jedno wychodzi. Widział ów raniący go grzech i dlatego nie chlubił się, nie popadał w pychę. Głosił Ewangelię, stał się jej sługą i rozdawcą. Wykonywał swoją pracę. tak jak Maryja swoją.

Jezus dzisiaj wzywa do stanięcia w prawdzie. Jest to jedna z trudniejszych dla mnie nauk. Zaakceptowanie prawdy o sobie niesie poważne konsekwencje. Jeśli zaakceptuję ją, zmienię patrzenie na drugiego człowieka. Zobaczę w nim Jezusa, zobaczę dobro obok zła, szlachetność obok zdrady, miłość obok nienawiści. Zobaczę wszystko, co widzę w sobie. I już nie będę tak „fajna”, będę prawdziwa. I on też.

U mnie, jak zwykle, jest ta zmiana procesem. Jedno moje „tak” powiedziane Bogu, nie przewróciło raptownie do góry nogami mojego życia. Ale Jezus, a teraz widzę, że i Jego Matka, pomagają mi widzieć belki, widzieć piękno i dobro swoje i innych. I mimo buntu, nie zrażają się. Cierpliwie czekają, aż mi minie i dalej uczą miłosierdzia.

I wtedy, patrząc przemienionymi oczami Miłosierdzia, ujrzę, że każdy ma dobre imię – dobre, bo żyje w nim Bóg, nawet jeśli on sam o tym wiedzieć nie będzie.

O tym wiedział Jezus i wiedziała Maryja – teraz wiemy i my. Dziękuję!