Autentyczność

We wczorajszym czytaniu z listu do Galatów święty Paweł ostro krytykuje świętego Piotra (Gal 2,1-2. 7-14). Próbowałam wyobrazić sobie tę scenę, w której Paweł przyłapuje Piotra na fałszu. Ciekawe, czy od razu żywiołowo zareagował? Pewnie tak, bo należał raczej do choleryków niż do flegmatyków. A zachowanie Piotra nie do końca mnie dziwi. Jego postawy bywały zachowawcze już za życia Jezusa, np. kiedy próbuje powiedzieć, że nigdy nie przyjdzie na Niego chwila męki albo kiedy się Go zapiera.

Teraz sytuacja jest trochę odmienna, choć mechanizm działania ten sam. Piotr nie umie być szczery wobec swoich przyjaciół/znajomych z Jerozolimy. Nie umie być wierny swojemu wyborowi, nie umie być miłosierny wobec „nawróconych pogan”. Pomimo początkowo zawiązanych relacji, on z nich rezygnuje, kiedy pojawiają się towarzysze. Odsuwa się od nowo nawróconych nie-Żydów. Udaje. w zasadzie to i przed Bogiem i przed ludźmi i przed sobą samym. Pewnie boi się ich opinii. Ale przecież już wcześniej ustalili, że „wszystko ok,” można głosić poganom. Dlaczego się wycofał, dlaczego zaczął udawać, dlaczego wciągnął w to Barnabę? Tak naprawdę tylko Kefas zna odpowiedź.

Ja myślę, że czasami sama zachowuję się jak Piotr. On był Opoką, pierwszym papieżem, znał Jezusa realnie, Chodził z Nim, był w Wieczerniku. I tak udawał i tak lękał się opinii innych. Ze mną jest podobnie. Są sytuacje, kiedy nie chcę być widziana z jakimś człowiekiem ze wspólnoty. Nie jest mi na rękę, że ktoś widzi, jak wchodzę do kościoła. Pamiętam nawet sytuację, w której szłam ze wspólnotą na ewangelizację i myślałam, czy ktoś znajomy mnie zauważy. Ktoś – w znaczeniu niezwiązany z Kościołem, z Jezusem. Przełamałam obawy i poszłam i doświadczyłam radości apostoła. Sam jednak fakt pojawienia się lęku, świadczy o niedojrzałości. O braku pewności, że Ten, któremu służę, jest ważniejszy, mocniejszy. Jest Panem, jest Miłością.

Tylko, jeśli będę wpatrywać się w oblicze Boga, będę mogła bez lęku iść i nieść Go innym. Zatopiona w Miłosierdziu, nie będę w stanie tego nie robić.

Paweł zarzucił Piotrowi nieautentyczność. Myślę, że to chyba najważniejsze w tym tekście – tylko jeśli żyję tym, co głoszę, przekonam tych, do których idę. A raczej Jezus w moim życiu ich przekona. Tylko wtedy będę autentyczna, tylko wtedy nie będę lękać się opinii mych bliźnich. Nie będę fałszywa, lecz autentyczna.

Zapisane imię

Jezus zapewnia swoich rozentuzjazmowanych uczniów, że najważniejsze jest nie to, że duchy są im posłuszne, nie to, że mogą uzdrawiać, ale to, że ich imiona zapisane są w niebie.
Ten fakt z dzisiejszej Ewangelii stał się początkiem pewnej myśli. „Oto wyryłem cię na obu dłoniach…” Iz 49,16 – mówi Bóg. Moje imię wyryte jest na Jego dłoniach. Jest zapisane w niebie. Zastanawiałam się pierwotnie, od kiedy moje imię zapisane jest w niebie? Czy od momentu podjęcia decyzji, aby pójść za Nim, od chwili, w której zdecydowałam się żyć z Nim i służyć tymi darami, które mocą Ducha Świętego mi ofiarował? Zrozumiałam jednak, że zapisana w niebie jestem od zawsze, od początku, zanim jeszcze pojawiłam się na ziemi. Bóg wiedział, że będę, zapisał mnie. Wyrył na dłoniach. I przeznaczył do głoszenia Dobrej Nowiny. Wyposażył we wszystko, co potrzebne, aby wypełnić to powołanie. Zadziwia mnie, jak On mi zaufał. Jak zaufał każdemu człowiekowi. Ma wyryte na dłoniach imiona wszystkich ludzi. Czeka, aż odpowiemy na Jego wołanie, na miłość, na miłosierdzie i staniemy się świadkami. Jeśli będę patrzeć w Jego twarz, jeśli zanurzę się w Jego miłosierdziu i nieskończonej miłości i będę dzielić się tymi doświadczeniami z innymi, jeśli o tych faktach będzie świadczyć moje życie, Bóg potwierdzi wszystko znakami.
Mam wszystko, moje imię zapisane jest w niebie. To mi często brak odwagi, żeby odszukać się w Bożych dłoniach miłości. A przecież to powinno być najważniejsze – wybrał mnie. Reszta – znaki, „przyjdzie sama”.

Wyjdź za próg…

J.R.R. Tolkien w „Hobbicie” mówi „niebezpiecznie jest wyjść za próg”. Dlaczego? Bo za tym progiem może spotkać cię przygoda. Jeśli masz usposobienie podobne do hobbita, to nie jesteś zwolennikiem przygód. Wolisz wygodną norkę, pełną spiżarnię, fajkę z najlepszym zielem Shire’u i spokój.
Nagle przychodzi taki Gandalf i każe ci wyjść za próg! Każe opuścić wygodny domek, zapomnieć o drugim śniadaniu, o chustce do nosa i wszelkich innych wygodach. A co oferuje w zmian? Nową jakość życia, nowych przyjaciół, możliwość dania wreszcie innym czegoś z siebie i od siebie. I Bilbo poszedł… a później Frodo – aż na Górę Przeznaczenia.
Podobne dylematy przeżywamy zapewne, kiedy staje przed nami Jezus i mówi – pójdź za mną! Prosi przy tym – nie oglądaj się. Tłumaczy, że nie zapewni ci komfortowych warunków, ale jednocześnie ukazuje, że masz być wpatrzony w niego, a niczego ci nie zabraknie. Nie masz się oglądać wstecz, nie masz szukać chustki do nosa, czy fajkowego ziela. Niezależnie co przeszkadza tobie pójść za nim, on mówi, abyś to zostawił.
Myślę sobie, że mi trudno przestać martwić się o dzieci i o nasze życie codzienne. To na to się najczęściej oglądam. Martwię się, że nie zatroszczyłam się wystarczająco o synów. Mam jakieś beznadzieje wyrzuty, że idąc za Jezusem, zostawiam ich. A przecież on tak samo troszczy się o nich jak o mnie. Tak samo chce zapewnić im życie w obfitości. Tak samo jest blisko nich jak mnie.
Hania W. mi to pokazała. Skoro mówię Jezusowi – „troszczysz się Ty” i odnoszę to do siebie, to tak samo mogę, a wręcz powinnam, odnieść te słowa i do dzieci. On troszczy się o nich i o mnie! A mimo tej wiedzy miewam obawy.
Jezus mówi, że mam porzucić wszystko, co mnie zniewala, spojrzeć na niego, pozwolić się prowadzić. On o resztę się zatroszczy.
Gandalf zatroszczył się o Drużynę. Poświęcił siebie, aby mogli uciec przed Barlogiem – symbolem zła/szatana. Umarł dla świata, dla nich, ale odrodził się w nowej postaci, aby na nowo być przy przyjaciołach, by im pomagać, wspierać. Został przez swoją ofiarę oczyszczony. Z Gandalfa Szarego stał się Białym.
Tak jest moim zdaniem, kiedy przyjmuję postawę służby, kiedy jestem wierna Jezusowi, nie oglądam się i służę – wtedy on działa, oczyszcza i przemienia. Czyni szlachetnym i pięknym, gotowym do dalszych zadań. Ja umieram, a on zaczyna żyć we mnie.
Tak trudno się nie oglądać, nie tęsknić za komfortem, nie martwić się o przyszłość… A Jezus wyraźnie mówi – „Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże” Łk 9,60. I nie idzie tu o brak pamięci o moich bliskich, czy że nie mam czynić tego, co względem nich powinnam. Ja mam przede wszystkim głosić królestwo Boże, mam głosić Ewangelię, Dobrą Nowinę o królestwie. Mam patrzeć w Jezusa. Wtedy reszta ułoży się sama, każda sprawa „wskoczy” na swoje miejsce, problemy znajdą rozwiązanie, Jezus zatroszczy się i o bliskich i o mnie i o nasze codzienne potrzeby.
O wiarę proszę. O nadzieję i o miłość – by trwać wiernie i nie puszczać pługa ani na chwilę.

P.S. Pozwolę sobie ten wpis zadedykować mojej młodej przyjaciółce, Annie N., z wdzięcznością – ona wie dlaczego 🙂

https://www.youtube.com/watch?v=jlc7rWVvq2Q

https://www.youtube.com/watch?v=jlc7rWVvq2Q

Tekst ukazał się pierwotnie tutaj

To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie…

Tytuł wpisu pochodzi z księgi Koheleta. Ostanie czytania tygodnia były przez tego autora zdominowane.

Zaczęło się od przemijania. Marność nad marnościami (por. Koh 1,2-11) mówi, zatem nie ma sensu zabieganie o teraźniejszość, o dobrobyt, nie warto się trudzić? Bo tak jak słońce wschodzi i zachodzi, tak człowiek rodzi się i umiera… Jednak życie jest wyzwaniem. Chcę je PRZEŻYĆ, a nie przejść obok niego. Mimo upadków, lęków, frustracji i marudzenia, chcę widzieć piękno, miłość, dobro i chcę wierzyć, że moje życie nie jest przypadkiem… Myślę, że Kohelet zachęca do równowagi, do mądrego korzystania z życia, bez hedonizmu i popadania w skrajności. Wszystko jest marnością – w obliczu Bożej Miłości, Jego Miłosierdzia i Jego zamysłów wszystko blednie. Kohelet pokazuje raczej, jak sądzę, perspektywę, z której mam patrzeć na świat – Bożą perspektywę.

Mówienie jest wysiłkiem: nie zdoła człowiek wyrazić wszystkiego słowami (por. j.w.). Kolejny cytat z Koheleta. Dlaczego zatem tak usilnie staram się dobrać słowa, dlaczego staram się oddać wszystko, co wytworzy się w mojej głowie, w myślach, w sercu? Chcę być zrozumiana. A może bardziej sama siebie chcę zrozumieć? Co zrobić, kiedy wszystko staje się wysiłkiem? Każdy dzień, pójście do pracy, wykonywanie codziennych obowiązków, myślenie, bycie z ludźmi, z samą sobą? Bywa, że te czynności stają się ponad siły, ponad możliwości percepcji i wytrzymałości. Wtedy próbuję opowiedzieć to samej sobie, żeby wziąć się w garść, żeby coś pojąć. Ma rację autor powyższego cytatu – słowami nie da się wyjaśnić wszystkiego. Nawet jeśli wypowiem myśli i uczucia, to dla słuchającego moje słowa mogą znaczyć coś zgoła innego niż dla mnie.

To, co było, jest tym, co będzie, a to, co się stało, jest tym, co znowu się stanie: więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem (j.w.). Niezależnie od czasów, rozwoju cywilizacji, postępu itp. itd., serce człowieka jest takie samo. Tak samo odczuwał nienawiść i miłość człowiek 4000 lat temu i tak samo doświadcza ich współcześnie. Zmieniają się media, sposób podróży, wyposażenie naszych mieszkań, ale to, co najgłębsze się nie zmienia.

Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem… (por. Koh 3,1-11). I dalej następuje wyliczenie przeciwieństw. Czy umiem czekać na odpowiedni czas? Czy zgadzam się na tę niezmienną przemienność losu, życia, czasu? Trudno mi się pogodzić z taką wizją zaproponowaną przez Koheleta. Niecierpliwość, brak pokory często biorą górę nad zaufaniem, że wszystko ma swój czas… Wolałabym czasami po swojemu poukładać, nie czekać na Bożą odpowiedź. A przecież wiem już doskonale, że to się zwyczajnie nie opłaca… Takie „wychodzenie przed szereg” rodzi zbyt wiele bólu, zbyt wiele krzywd, łamie ducha i serce. Wiem, bo to przeżyłam.

Odchodząc od Koheleta – we wczorajszej Ewangelii Jezus powiedział, że będzie wydany w ręce ludzi (Łk 9,43b-45). Uczniowie nie pojęli tego, ale bali się zapytać. Zadziwia mnie, że byli z Nim tak blisko, tyle widzieli i doświadczyli, a mimo to, był w nich lęk. Co więcej, myślę, że Jezus doskonale wiedział o tym problemie swych uczniów. Zostawił ich jednak z wątpliwościami.

Sądzę, że teraz jest podobnie. Myślę, że Jezus chętnie odpowie na moje pytania – pod warunkiem, że Mu je zadam. Że odważę się zapytać i nastawię się, że może mi odpowiedzieć również przez osoby, po których najmniej się tej odpowiedzi spodziewam – to tak odnośnie dzisiejszej Ewangelii (Mt 21,28-32). W końcu, skoro sam uniżył siebie „przyjąwszy postać sługi” (por Flp 2,1-11), dlaczego nie miałby i mnie tego nauczyć?

Ostatnio pomyślane

Liturgia obfitowała ostatnio w teksty o miłości i marudzeniu, niezdecydowaniu, o mądrości i o nieposłuszeństwie, o miłosierdziu i o tym, że myśli Boga to nie moje myśli… Jakoś razem mi się poskładało. W jaki sposób? Śpieszę wyjaśnić.

Hymn o miłości jest chyba jednym z najbardziej rozpowszechnionych tekstów biblijnych. I fajnie by było, gdy był to tekst nie tylko znany, ale też rozumiany i stosowany. Doskonale wiem, że moje zachwyty nad niewątpliwym kunsztem poetyckim św. Pawła na niewiele się zdadzą, jeśli nie zrozumiem, o co mu szło z tą miłością. Uczono mnie, że zamiast słowa „miłość” warto wstawiać swoje imię i zrobić taki duchowy rekonesans, jak to ze mną właściwie jest. Zawsze wypadałam blado, co więcej – nadal tak wypadam. Ale… Zrozumiałam w końcu, że tak naprawdę miłość to ciągłe dawanie szansy – sobie samemu i drugiemu człowiekowi. Nie idzie mi tu o sticte damsko – męskie relacje, ale takie zwyczajne – międzyludzkie.

Marudzenie, przekora i niezdecydowanie to niby cechy dzieci. Ale nie tylko, my dorośli często nie jesteśmy ludźmi zdecydowanymi, wiernymi swoim wyborom. Marudzimy Bogu – chcę tego albo tego. Nasze wyobrażenia – moje wyobrażenia – bywają całkowicie rozbieżne od rzeczywistego obrazu Stwórcy. Jezus mówi o sobie: Syn Człowieczy – Bóg w ciele człowieka; z całym „dobrodziejstwem inwentarza” naszego ciała – jadł i pił i został „żarłokiem i pijakiem”. Jan Chrzciciel nie jadł i nie pił i został uznany za opętanego. (Łk 7,31-35). Jakże przewrotną istotą jest człowiek!

Co więcej, sam Jezus potrafił przyczynić się do zasmucenia rodziców. To tylko podkreśla mi jego człowieczeństwo. Zresztą nieposłuszeństwo zostało logicznie przez dwunastolatka wyjaśnione. (Łk 2,41-52). Ja próbowałam wyobrazić sobie, co bym czuła, gdyby któryś z moich synów zginął i co bym powiedziała, gdyby się odnalazł. Na pewno nie poprzestałabym na pytaniu Maryi: „Synu, czemuś nam to uczynił?”. Zdań wypowiedzianych z prędkością światła byłoby znacznie więcej… I zapewne nie byłoby w nich tyle spokoju. Maryja kolejny raz mnie zadziwiła.

Wczoraj była pora zasiewu (ŁK 8,4-15). I odwieczne dla mnie pytanie – jaką jestem glebą? Obumierającą, mówiąc najoględniej. Zmagającą się ze sobą. Ziarno obumiera, zanim wyda plon. Jest dla mnie chyba nadzieja.

Nie umiem w pełni kochać, nie umiem z miłością i cierpliwością patrzeć na zdarzenia mojego życia. Ciągle pytam, ciągle dociekam, chcę wiedzieć, rozumieć, widzieć działanie. Chcę też umrzeć i zmartwychwstać. I dosłownie i w przenośni.

Gospodarz znalazł mnie dość szybko, mam chyba jeszcze trochę czasu i na obumieranie i na wydawanie plonu. Chciałabym pamiętać w tym czasie, który jest mi jeszcze dany, że nie muszę wszystkiego rozumieć, że nie muszę widzieć sprawiedliwości, której się spodziewam, że nie muszę być doskonała, choć mam się doskonalić. Oby mi wystarczyło pokory, obym nie porównywała się z innymi. Umieć cieszyć się z nawrócenia i powołania innych, bez zazdrości i poczucia niesprawiedliwości – oto „coś”, co teraz mnie przerasta.

Proszę nieustannie, aby myśli moje stały się myślami Bożymi i drogi moje – Jego drogami. Obierając Go za swego Pana i Zbawiciela, mogę być pewna, że On postawił mnie na właściwej ścieżce, to ja z niej schodzę – za każdym razem, kiedy odwracam wzrok od źródła mądrości i miłości, kiedy nie patrzę z Jego perspektywy na świat, siebie i ludzi.

Podstawą wszystkiego jest miłość. Więc o miłość proszę. Choć i o mądrość i o siły, by tej miłości nie zatracić i nie zmarnować też.

Dobre imię

I znów się pojawiasz, Maryjo. Dziś wspomnienie Twego Imienia. Takie Twoje imieniny. Czy dbałaś o swoje dobre imię, czy zabiegałaś o względy ludzi, aby dobrze o Tobie mówili? Nie sądzę. Gdyby tak było, nie zgodziłabyś się zostać matką Jezusa. Bałabyś się, „co powiedzą”. Ciąża jest, z mężem nie mieszka itd. itp. Ważniejsze było dla Ciebie wypełnienie prośby, pragnienia Boga. Zgodziłaś się Mu pomóc! Dzięki Tobie przyszło na świat Słowo Wcielone, mój Zbawiciel. Tak, właśnie tak to widzę.

Kiedy Jezus czegoś ode mnie oczekuje, kiedy coś mi proponuje, to pyta mnie niejako o zgodę. Nie zmusza  mnie, nie zabiera mi wolnej woli. Co więcej – czeka na moją decyzję, a podjęcie pozytywnej jest jednoznaczne z podjęciem współpracy i pomocą Najwyższemu. Współpraca zobowiązuje do lojalności. Myślę, że o tym też mówi dzisiaj św. Paweł. „Świadom jestem ciążącego na mnie obowiązku. Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii.” (1Kor 9,16). Paweł zawarł z Bogiem „umowę”. Uwierzył w Niego, zaczął Mu służyć, czego konsekwencją jest głoszenie Ewangelii. Dalej mówi, że umie być wszystkim dla wszystkich, a to znaczy, że łamie schematy, że dostosowuje przekaz do odbiorcy, że znajduje kanały, by do niego dotrzeć. Tak sobie myślę, że często nie chce mi się szukać sposobów, nowych przykładów do głoszenia. Nie chce mi się korzystać z podszeptów Ducha Świętego. Jest tak częściowo z czystego lenistwa, a częściowo z obawy przed wysiłkiem i zmianami. Ja nie lubię zmian…

Powrócę do Ciebie Maryjo – Ty zgodziłaś się na zmiany. Bardzo radykalne, wywracające Twoje życie i dobre imię do góry nogami… Myślę, że Paweł zrobił podobnie. Decyzja pójścia za Jezusem była odwróceniem całego jego systemu wartości i życia. Też musiał przestać dbać o swoje dobre imię…

Dzisiejsza Ewangelia mówi o obłudzie. I ją można, myślę, zestawić z wcześniejszymi moimi rozmyślaniami. Maryja nie była obłudna, ani względem Boga, ani ludzi (szczególnie Józefa), ani siebie samej. Zrobiła krok wiary. Wiernie wypełniała swoją obietnicę – „Oto ja służebnica, Pańska…” Nie chlubiła się, nie dawała do zrozumienia, że jest kimś lepszym, bardziej wybranym, bardziej czystym i kochanym. Myślę, że miała świadomość swej niedoskonałości – widziała belkę w swoim oku. Paweł też ją widział, co prawda nazywał ją „ościeniem” (por. 2Kor 12,7), ale to na jedno wychodzi. Widział ów raniący go grzech i dlatego nie chlubił się, nie popadał w pychę. Głosił Ewangelię, stał się jej sługą i rozdawcą. Wykonywał swoją pracę. tak jak Maryja swoją.

Jezus dzisiaj wzywa do stanięcia w prawdzie. Jest to jedna z trudniejszych dla mnie nauk. Zaakceptowanie prawdy o sobie niesie poważne konsekwencje. Jeśli zaakceptuję ją, zmienię patrzenie na drugiego człowieka. Zobaczę w nim Jezusa, zobaczę dobro obok zła, szlachetność obok zdrady, miłość obok nienawiści. Zobaczę wszystko, co widzę w sobie. I już nie będę tak „fajna”, będę prawdziwa. I on też.

U mnie, jak zwykle, jest ta zmiana procesem. Jedno moje „tak” powiedziane Bogu, nie przewróciło raptownie do góry nogami mojego życia. Ale Jezus, a teraz widzę, że i Jego Matka, pomagają mi widzieć belki, widzieć piękno i dobro swoje i innych. I mimo buntu, nie zrażają się. Cierpliwie czekają, aż mi minie i dalej uczą miłosierdzia.

I wtedy, patrząc przemienionymi oczami Miłosierdzia, ujrzę, że każdy ma dobre imię – dobre, bo żyje w nim Bóg, nawet jeśli on sam o tym wiedzieć nie będzie.

O tym wiedział Jezus i wiedziała Maryja – teraz wiemy i my. Dziękuję!

Kim jesteś, Maryjo?

Dziś masz urodziny, Maryjo 🙂 Nie jestem Twoją najgorliwszą fanką, nie znam Ciebie, nie przyjaźnimy się. Zauważam jednak, że od pewnego czasu, dajesz mi znać, że jesteś, tak zwyczajnie – jesteś i okazujesz troskę.

Mam problem z relacją z Tobą. Jak Ci zaufać? Jak z Tobą rozmawiać? Jak Ciebie traktować? Wiem, że jesteś matką Jezusa, że On uczynił Cię moją matką. Wiem to wszystko, ale sercu daleko do tej wiedzy, ono jest jeszcze oziębłe…

Odkrywam różaniec. Daleko mi do wnikliwych rozważań tajemnic, ale wyrabiam w sobie systematyczność. Odmawiając cały, codziennie, uspokajam się. To pewnie Twoja zasługa? Dziękuję!

Zawsze wskazujesz na Jezusa, do Niego się odwołujesz… Zastanawiałam się nie raz, jak to było być Jego matką. Mam dwóch synów, wiem, że wychowanie ich jest nie lada wyzwaniem. Ty miałaś Jezusa, Syna Boga, a jednocześnie człowieka w 100%. Jaki był? Jak się czułaś jako matka Boga? Zadaję te pytania i próbuję odnaleźć odpowiedzi. Ty zaufałaś całkowicie Jego Ojcu, oddałaś się wypełnieniu Jego woli. Uwierzyłaś miłości, jaką Ciebie obdarzył. Pewnie dlatego potrafiłaś być najlepszą matką. Troskliwą, spokojną, dającą wolność swemu synowi. I kochającą maksymalnie.

Teraz troszczysz się o mnie, o każdego człowieka na Ziemi. Dziękuję, że wciąż się objawiasz, dajesz poznać, wypraszasz łaski, uzdrowienia i nawrócenia. Twoje zapatrzenie w Boga jest najlepszym świadectwem wiary i zaufania.

Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy, że moje serce uwierzy, że jesteś też darem dla mnie. Pośredniczką, pocieszycielką, wspomożycielką. Panią i Królową nieba i Ziemi. Może i ja zaświadczę kiedyś o pełnej zrozumienia i miłości relacji między nami? Chcę Cię poznać, Maryjo…

A z okazji dzisiejszego Twojego święta, życzę Ci cierpliwości dla takich jak ja… wątpiących i zamkniętych na Twoją troskę. Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus… Dziękuję.

P.S. Zobaczcie film Mary’s Land. Ziemia Maryi. Przybliża postać dzisiejszej Jubilatki 🙂

Słowo i jego moc

Czasownik to z łaciny verbum, czyli słowo. Dlaczego? Ponieważ słowo ma moc sprawczą, zakłada działanie – jak czasownik wskazujący czynności i stany. Kiedy mówię „chodź”, zakładam, że osoba do której kieruję polecenie, zareaguje. Czasownik pełni w zdaniu funkcję orzeczenia, a więc wskazuje na czynność podmiotu, na jego ruch, gest, wypowiedź. Dobrze, dość polonistycznych dyrdymałów…. 😉

Piszę o tym, bo w Biblii niejednokrotnie jest mowa o Słowie i jego mocy.

Jezus przez słowa z księgi Izajasza (Duch Pański spoczywa na mnie, ponieważ mnie namaścił i posłał mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok łaski od Pana – Łk 4,18-19) objawił, kim jest, jakie jest jego posłannictwo. Apostoł Paweł tłumaczy w 1Kor, że słowa głoszenia są dane przez Boga; że on jest tylko narzędziem, że poddaje się mocy Ducha, aby głosić Jezusa, nie siebie. Słowo działa, ożywia, uzdrawia, wyrzuca złe duchy. SŁOWO. Będąc objawieniem Boga, wystarcza za całą mądrość, za argumenty, które wymyśliłby człowiek sobie sam. Duch Św. poddaje pomysły, wykorzystując wiedzę albo i niewiedzę głoszącego – zawsze, aby objawić chwałę Bożą, a nie chwałę apostoła. Duch Św. po to jest dany, aby działał w głoszącym i w tym, któremu się głosi – ku uwielbieniu Stwórcy. Jeśli jest inaczej – głoszę siebie nie Jezusa.

A co ja robię ze słowem? Jak je wykorzystuję? Błogosławię czy przeklinam? Osądzam czy pocieszam? Mój język jest chyba tą częścią ciała, której powinnam się pozbyć, by wejść do Królestwa Bożego. Jest niejednokrotnie przyczyną mojego grzechu. Są sytuacje, kiedy paplę bez sensu i składu. Zapycham siebie i innych słowami, które niczego dobrego nie budują. Marudzę i złorzeczę. I bardzo często nie wierzę, że Słowo Jezusa ma moc.

Od kilku dni Jezus przekonuje mnie – w czytaniach i Ewangeliach, że moim posłannictwem jest głoszenie Dobrej Nowiny (jakkolwiek – nie tylko słowem, przede wszystkim życiem). Do tego samego powołuje każdego, Ciebie także – My bowiem jesteśmy pomocnikami Boga… por. 1Kor 3,9a. Jego Słowo ma moc przemiany serc, życia, uzdrowienia, uwolnienia. Kolejne fragmenty z Łukasza tylko to potwierdzają. Tylko zaufać…

Jest jeszcze pewien szczegół. Jezus po „pracy” udaje się w miejsce pustynne. W odosobnienie. Spotyka się z Ojcem. Nabiera sił, by iść dalej. Następnie mówi do tłumów, że nie tylko w Kafarnaum ma głosić Dobrą Nowinę, że musi iść do kolejnych miejsc. (Łk 4,42-44)

Jezus głosi, odpoczywa w obecności Ojca i idzie dalej przepowiadać Słowo i nawet jeśli ktoś wygraża mu, on przechodzi obok, zostawia, oddala się i nie przejmuje, co będą „gadać”. (por. Łk 4, 16-30) I choć mój proces „zanurzania się” w Słowo trwa, wiem, że nie potrafię jeszcze przejść obok tych, którzy wymachują rękami i wygrażają, zostawiając ich samym sobie z tym, co usłyszeli. Za wiele się przejmuję.

Tak sobie myślę, że sednem przepowiadania, czy świadectwa, jest bardzo osobiste obcowanie w „miejscu pustynnym” z Tym, który jest źródłem Słowa. Bóg sam nim jest. Kiedy poznam Słowo, nabiorę do niego zaufania, będę je głosić, a Ono samo zrodzi owoce – ja pozostanę pomocnikiem i narzędziem i przestanie się liczyć, co o mnie mówią, czy jak reagują. Przejdę obok i oddalę się  – ku kolejnemu zadaniu.

Uwiódł, ujarzmił i przemógł…

Uwiodłeś mnie, Panie, a ja dałem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś Jr 20,7.

Wiele lat temu dałam się uwieść Bogu. Oddałam Mu swoje serce. Doświadczenie Jego miłości, potęgi, opieki, łaski było tak ogromne, że powiedziałam „tak”. Niejednokrotnie Boży Duch mnie prowadził, umacniał, obdarowywał darami, bym służyła.

Moja droga z Panem Bogiem jest wyboista, pełna zakrętów, wyrw, ślepych uliczek. Bynajmniej z Jego powodu… Zdarzało mi się (i zdarza – nawrócenie to proces…) pobłądzić, źle „zaparkować”, odwrócić się tyłem do Światła i Miłości, wybrać swoją opcję i ją realizować, głosić siebie pod płaszczykiem głoszenia Jezusa. Żeby zdobyć czyjąś uwagę, zabłysnąć, poczuć się dowartościowaną.

Moje życiowe wybory spowodowały w pewnym momencie, że Bóg nie tyle przestał dla mnie istnieć, co ja żyłam w opozycji do Niego. Tęskniłam za naszą bliskością, osobistą relacją, za Jego miłością. Narzuciłam sobie ograniczenia, które nie pozwalały mi doświadczać troski i miłości. Bóg jednak upominał się o mnie, upominał się o to, co mi ofiarował, o dary Ducha Św. Upominał się o swoje umiłowane dziecko. I wygrał. Tak jak z Jeremiaszem. Prorok walczył i ja wałczyłam. Chciałam po swojemu, myślałam, że dobrze. Owoce jednak były gorzkie. Jeremiasz wiedział, że ma głosić słowo Boga, nawet kosztem bycia wyśmianym i odrzuconym. I ja to zrozumiałam. Bóg mnie ujarzmia i „jest potężny w mocy swej”… Przemaga mnie każdego dnia i każdej chwili. Przypomina, że należę do Niego. Nie czuję się zniewolona Nim, przeciwnie – ta relacja daje mi wolność. Stanięcie w prawdzie przed Ojcem, powoduje, że nie muszę udawać. Świadomość, że On mnie kocha taką, jaką jestem, z każdym grzechem, słabością, daje ulgę w sercu. I rodzi radość, że tak niedoskonałego narzędzia chce używać do swoich dzieł.

W kontekście wczorajszej i dzisiejszej Ewangelii (por. Mt 25,14-30 i Mt 16,21-27) nasunęła mi się jeszcze jedna myśl. Krzyżem dla człowieka mogą być jego talenty, dary, którymi został obdarowany. Zgoda na nie może stać się powodem prześladowania i wyśmiania. Może spowodować odosobnienie obdarowanego i niezrozumienie wśród ludzi. Ale… jak mówi Mateusz „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby świat cały zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?…” Mt 16,26.

Cóż mi po tym, że świat mnie pokocha, jeśli moja dusza będzie w ciemności? Na krótko może fascynować, ale w perspektywie wieczności – nie dziwię się Jeremiaszowi, że pozostał wierny swemu powołaniu. Cierpiał, ale widział sens i nie stracił duszy…

Zatrzymaj się, spójrz w swoją duszę, spójrz na to, co dał Ci Bóg.

„Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe” Rz 12,2.

Tarcza

Jak się czujesz, jeśli zewsząd spadają na Ciebie razy? W dodatku niezasłużone albo nieadekwatne do tego co zrobiłeś? Ja czuję się fatalnie. Bywa, że smutek przygniata mnie niemal do ziemi. Poczucie niesprawiedliwości przesłania mi wszystko co dobre, oddala od Boga i Jego miłości. Sprawia, że pogrążam się w lęku i złym myśleniu o sobie. Nie lada wysiłkiem jest dla mnie odwrócenie wzroku od swego nieszczęścia i skierowanie go na Boga.

Widzę, że często zbyt dużo czasu poświęcam na analizowanie, dociekanie i rozpamiętywanie. Powiedział mi ktoś coś krzywdzącego? Zrobił mi krzywdę? Wyraził się niesprawiedliwie i niepochlebnie? Tak naprawdę ma prawo. To, co mówi drugi człowiek, nie jest do końca zależne ode mnie. Widzi po swojemu, czuje po swojemu, odbiera mnie po swojemu. Jeśli nie ma w nim empatii lub zwyczajnie – miłości bliźniego – będzie ranić. Ja przecież też ranię…

Przekonałam się, że najlepszą metodą na odejście od swego bólu, jest skierowanie wzroku na Boga. Próba spojrzenia z Jego perspektywy na wszystko, co mi się przytrafia. Błogosławienie temu, który mi złorzeczy, modlitwa i przede wszystkim dziękczynienie. Kiedy dziękuję, odwracam się od siebie i patrzę na Boga. Na Ojca, Syna i Ducha Świętego. (W każdym położeniu dziękujcie… 1Tes 5,18)

Przebaczam w swym sercu – nieważne, że 1000 razy tej samej osobie. Przebaczam, błogosławię i zostawiam. W moim przypadku jest to trudne, bo jak kura rozgrzebuję po 1000 razy, rozmyślam i wpadam w pułapkę lęku i poczucia krzywdy.

Chcę żyć w wolności, a wolność zapewnia mi tylko Bóg, tylko tarcza jaką pozostaje Jego blask, pieczęć miłości, którą na mnie zostawił i moje: wiara i dziękczynienie – za życie, synów, pracę, rodzinę, przyjaciół, kolejny dzień, słońce, dobro którego doświadczam, wygodne łóżko, jedzenie i całe bogactwo otaczającego mnie świata. I za tych, którzy mnie krzywdzą – za nich też uczę się dziękować, bo właśnie doświadczenia będące konsekwencją ich zaistnienia w moim życiu, sprawiły, że jestem w tym miejscu swojego życia, z takimi a nie innymi doświadczeniami. (por. Ef 6,16)

Jak Monika, Augustyn i Jan Chrzciciel pragnę spoglądać w twarz Jezusa, mówić mu wytrwale – „dziękuję” i wierzyć, że moja modlitwa ma sens, moje przekonania są osadzone na Prawdzie i niestraszny mi mój osobisty Herod.

Tarcza musi być z dobrego materiału, więc wykuwanie jej zajmie mi pewnie resztę życia, ale na końcu czeka mnie nagroda – życie wieczne 🙂 Amen 🙂