Archiwa autora: aniasarayu

O aniasarayu

Moje imię, Anna/Hannah, z hebrajskiego znaczy - łaska, Sarayu to określenie - imię Ducha Świętego, jego tchnienia, powiewu (zainteresowanych odsyłam do lektury "Chaty" W.P. Younga). Jestem ciekawa świata i ludzi. Uwielbiam czytać. Pragnę zachować młodą duszę. Pomimo starzejącego się ciała, chcę, aby moje serce zachowało młodzieńczy rytm. Chcę patrzeć na świat z Bożej perspektywy, umieć dostrzegać zawsze więcej dobra niż zła, więcej miłości niż nienawiści. Uczę się tego nieustannie. Chcę też zawsze pamiętać, że niezależnie od tego, co łączy lub dzieli ludzi - "jesteśmy razem w sercu Boga". Serdecznie zapraszam Cię w moje blogowe progi.

Inność, prawda i miłość – wieczorne refleksje

Mimo różnić, warto się spotykać. Warto z otwartym sercem słychać inności. W niej można dostrzec siebie, odkryć coś, co zostało pogrzebane, zapomniane. Myślę, że lęk przez innością może brać się z tego, że obawiamy się sytuacji, w której w owej „inności” zobaczymy siebie. Nasze zapomniane pragnienia, obawy, marzenia. „Inny” może nam je przypomnieć, a to czasami zaboli.
Prawda jednak, jeśli już na nią się zgodzić, daje wolność. Nic już nie muszę ukrywać, za niczym się chować, nie muszę zakładać kolejnej maski. Prawda nie musi się podobać, ale jest jedyną droga do wolności, do szczerości wobec siebie i bliźnich.
Dziś usłyszałam (parafrazuję), że mimo różnic, odrębności – warto kochać. To piękne, bo poprzez miłość doświadczaną od drugiego człowieka, przez jego ciekawość, akceptację, życzliwość, mogę z większą empatią spojrzeć na siebie 
Nie wiem, czy to zrozumiałe, co napisałam, ale refleksja wieczorna mnie naszła 

 

Pustka i filozof idealista 

Tyle słów, a jednocześnie ich brak, by „wyrazić wszystko, co pomyśli głowa”. Znacie to? Ja mam tak już dość długo. A może właściwie problem leży nie w braku słów, a w skupieniu się na ich odnajdywaniu? Ja pewnie się powtarzam, ale chyba brak mi wiary w to, że kiedy pojawia się ta nieuchwytna myśl, by coś napisać, ja od razu ją odsuwam od siebie – bo może to, co chcę przekazać sensu nie ma, może to „jakiś pierdół”, może nic nie wniesie? Ale czy musi? No nie musi i ja wiem o tym doskonale. Przecież ten blog ma być moją refleksją, moją perspektywą i nie wszystkim musi odpowiadać…
To ciekawe, bo sądzę, że nie zabiegam o względy innych, nie muszę mieć poklasku czy 100 lajków, a jednak… Pragnienie akceptacji i poparcia jest nie do wyparcia 
Ostatnio byłam na bardzo ważnych dla mnie warsztatach dla kobiet. Dzięki nim zrozumiałam, dlaczego jestem, jaka jestem. Poznałam mój profil osobowości i może nie jestem nim bardzo zaskoczona – no to w końcu ja – ale pewne aspekty mi się poukładały w głowie. Najkrócej mówiąc – filozof idealista…
Z ciekawostek – utwierdziłam się co do mojego introwertyzmu  Jestem osobą przyjacielską, ale nie lubię sztuczności w kontaktach! Dlatego nie lubię dużych spotkań, dlatego nie lubię wielkich rekolekcji, dlatego nie lubię być długo z wieloma ludźmi w jednym miejscu. To wcale nie znaczy, że jestem do nich wrogo nastawiona. Boże, broń! Chodzi o to, że dyskomfort spowodowany „tłumem” (dla mnie więcej niż 10 – 15 osób, a przy skrajnym zmęczeniu nawet 5 – 10), sprawia, że czuję się sztucznie i nieswojo. Męczę się i nie umiem zaangażować się w spotkanie, nie umiem wzbudzać empatii w sobie, ani być „tu i teraz”. To znaczy trochę umiem, ale kosztuje mnie to bardzo dużo energii i po takim spotkaniu jestem zupełnie nieproporcjonalnie wymęczona niżby tego wymagała sytuacja.
Inna ciekawostka – takich ludzi podobno jest niewielu, więc dlatego są postrzegani jako lekko dziwni albo inni 
 Może nie spotkałam się otwarcie z takimi określeniami siebie, ale moje odczucia często mi to potwierdzają.
Dziękuję Bogu, że uczy mnie cierpliwości i miłości do samej siebie – znacznie łatwiej zaakceptować to, kim jestem, a jestem piękna 

Tego dowiedziałam się na warsztatach i tego będę się trzymać.

Uważność?

Życie przynosi niespodziewane zwroty, spotkania, relacje i PROBLEMY.
Zastanawiam się, ile i co ostatnio przeoczyłam? Zastanawiam się również, jak żyć, by być tu i teraz, by uważnie patrzeć na to, co niesie życie – i nieć ani z przodu, w przyszłości, ani z tyłu, w przeszłości.
Tyle można wyczytać o uważności, o życiu w teraźniejszości, o świadomości tego, co się przeżywa, o byciu w kontakcie z sobą. Aż chwilami mdli mnie od tego. Bo w teorii to ja wszystko rozumiem, ale w praktyce… Hm, tu bywa już różnie. A ostatnie tygodnie pokazują mi jedno – są momenty, że wcale nie chcę być z sobą w kontakcie!!! Wcale nie chcę przeżywać tego, co przeżywam, wcale nie chcę być tu i teraz. Najchętniej uciekłabym w mysią dziurę, z daleka od problemów, bólu, cierpienia i wszystkiego, co mnie przytłacza.
Uciekłabym od ludzi, których zachowanie sprawia, że nie chcę być ze sobą, nie chcę być z nimi i w ogóle – nie chcę 🙁

I oczywiście rozum mi już mówi – jeśli tego nie przeżyjesz, to to nie zniknie, to nadal będzie; jeśli nie pozwolisz temu przepłynąć przez ciebie, jeśli nie zrobisz temu miejsca, to

https://www.pinterest.co.uk/pin/480266747754350894/

będzie i tak cię rozsadzać, będzie pęczniało w twoim sercu, w duszy i nie pozwoli na spokój…

Tak, ja o tym wiem, a mimo wszystko – tak cholernie ciężko na tę rzeczywistość mi przystać, tak trudno się z nią zaprzyjaźnić, tak trudno przez nią przejść!!!
Dlaczego to, co jest najtrudniejsze, daje najwięcej doświadczenia, dlaczego najbardziej buduje? Dlaczego umieranie daje życie? Dokładnie tak – daje życie, nie pomyliłam się.
Urodzi się coś nowego – jeszcze nie wiem co. Oby było to warte bólu i cierpienia, niepewności oraz napięcia, które teraz współistnieją ze mną w najlepsze.
Oby mój dobry Bóg mnie nie opuszczał w tym zmaganiu, oby dał mi ducha odwagi, mądrości i miłości – szczególnie do samej siebie.
Wiem, że nie jestem w takich zmaganiach odosobniona, jednak natłok doznań i przeżyć ostatnich tygodni musiał wreszcie ze mnie choć tak wypłynąć…

Łaska i choroba

Choroba jest stanem, który nie należy do moich ulubionych. Jestem chora. Niby nic nadzwyczajnego – trochę gorączki, trochę bólu gardła, ogólne osłabienie i ból całego ciała. Wyłączyło mnie to wszystko jednak z życia, z pracy.

Każda słabość, niedomaganie jest dla mnie trudnym doświadczeniem. Pokazuje mi bowiem moją potrzebę kontrolowania i niezależności. A tu nic, nie da się kontrolować i być niezależnym, jak się leży, kicha, kaszle i czuje łamanie w ciele… Dziś jest już o wiele lepiej. Mogłam się podnieść, przespacerowałam się z psem, na chwilę byłam po zakupy. Wiem, powinnam leżeć. Ale nie umiem. Leżenie wyciąga ze mnie wszystkie sił, a mam ich teraz naprawdę niewiele. Dawno nie czułam takiej niemocy, takiej słabości fizycznej i psychicznej właściwie też.

Wstałam więc, ogarnęłam się trochę. Udało mi się nawet w komfortowych warunkach – pod kocykiem, sprawdzić różne wytwory intelektualne moich uczniów. Rodzi się jednak we mnie pytanie – czy to mieści się w jakiejś normie? Teoretycznie czas choroby powinien służyć mojej rekonwalescencji. A mi do czego służy? Nadrabiania zaległości w sprawdzaniu? Co zrobiłam dla siebie, żeby mi było lepiej, zdrowiej? Obejrzałam sobie „Podróż na sto stóp” – szczerze polecam. Czytałam książkę i bardzo mi się podobała, ale i film mnie nie rozczarował 🙂 A poza tym? Wyspałam się, wygrzałam. Porozmyślałam. Odwiedziła mnie H., której nie widziałam już bardzo dawno.

Zabrakło mi jednak ciszy w sercu, spokoju i spotkania z Nim, z Bogiem. On zna chorobę, uzdrowił córkę Jaira, kobietę cierpiącą na krwotok i wielu innych. Uzdrawiał ciało i duszę. Myślę, że we mnie, pomimo ostatnich zewnętrznych objawów, choruje bardziej dusza. To ona potrzebuje uzdrowienia, ukojenia w ramionach Miłosiernego. Może to własnie mam odkrywać w tym czasie swojej niemocy? Może o tym mam myśleć, to oddawać i poddawać się płynącej strumieniami łasce? Niech tak się stanie.

Przytłoczenie i nadzieja

Kolejny pracowity dzień, trudny, długi i daleki od zakończenia.

Ostatnio większość moich dni tak wygląda. Zastanawiam się, jak odnaleźć spokój, radość i spójność w tym, co robię. Koniec semestru w szkołach zazwyczaj jest bardzo „gorący” i napięty. Uczniowie, rodzice, nauczyciele, dyrekcja – każdy czegoś oczekuje i każdy chce mieć wszystko najlepiej „na już”. A tak się nie da… Przynajmniej ja tak nie umiem. Nawet jeśli wygląda, że zdążyłam ze wszystkim, to okupione to jest tym, czego nie widać – stresem i bólem żołądka.

Zmagam się z tymi półroczami już kolejne dziesięciolecie. I za każdym razem przeżywam je niemal tak samo. Napięcie, nerwy, poczucie niesprawiedliwości, bezsensu itp. Nie znoszę wystawiania ocen. Naprawdę! Gdybym mogła, pisałabym lub wyjaśniała, co ktoś zrobił dobrze, a nad czym ma jeszcze pracować. Uważam, że oceny nie odzwierciedlają prawdy o uczniu. Uważam, że nigdy nie jestem w stanie, no może w kilku procentach jestem, określić oceną stan wiedzy i umiejętności ucznia.

I właśnie w tym przytłoczeniu półrocznym ujrzałam inną perspektywę! Czy Jezus oceniał swoich uczniów? Czy wystawiał im oceny w związku z ich apostolską działalnością? No nie… Patrzył na nich z miłością, czasami złościł się, czasami pouczał, ale ocen nie wystawiał. Ja oczywiście rozumiem, że oni nie pracowali w szkole, w klasie, z uczniami. Ich jednak zadaniem było nauczać – głosić Królestwo Boże, uzdrawiać, wyrzucać złe duchy. Oni dopiero mieli szkołę bez szkoły! Ich „szkoła” wymykała się spod wszystkich schematów, ze wszystkich ram. Ich nauczyciel był całkiem inny. Budził ich, budził chęć robienia czegoś nowego, innego, budził ciekawość.  Ewangelie z ostatnich dni pokazują, że uważano Go wręcz za niepoczytalnego. Dlaczego? Bo postępował inaczej niż pozostali uczeni w Piśmie.

Czasami marzy mi się szkoła bez ocen, bez schematów, bez takiego ścisłego trzymania się standardów, Wiadomo, są umiejętności, które wyćwiczyć trzeba, jest wiedza bez której trudno zrozumieć świat, ale czy to musi być tak schematycznie przekazywane?! Czy oceny muszą być tak sztywne? Wiem, że nie odkrywam Ameryki, że niejeden nauczyciel – i nie tylko – już sobie zadał te pytania.

Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że moje staranie się, by być jak najmniej szablonową i by być przede wszystkim sobą w byciu nauczycielką ma sens. Że dzieciaki, z którymi się spotykam dość często przez kilka lat ich życia, z lekcji ze mną „wyniosą” nie tylko suchą wiedzę i może garść niekiedy nawet użytecznych umiejętności, ale że uda mi zasiać w nich ciekawość świata, ludzi, literatury i tego, co nienazwane i niezmierzone. Tak, tego pragnę chyba w mojej pracy najbardziej.

O relacjach różnorakich

Relacje w życiu po prostu są. Nawet jeśli ich nie chcemy, to i tak najpierw musi być kontakt, by móc potencjalną znajomość odrzucić. To zdanie odnosi się także do relacji z sobą samym – bo siebie też mogę przecież odrzucić…

Zastanawia mnie, dlaczego tak trudno podejmować trud budowania, wchodzenia, trwania w relacjach. Skąd bierze się lęk przed bliskością? Psychologowie powiedzą, że wszystko ma źródło w dzieciństwie. Zgadzam się. Tylko, że jestem dorosła, w głowie sobie poukładam, wytłumaczę wszystko, ale serce nadal się boi, ucieka i nie pozwala na bliskość.

Bycie w relacji oznacza bycie tu i teraz, bycie blisko siebie samego i blisko drugiego. Może kluczem więc jest być blisko siebie? Przyglądanie się sobie z uwagą, odkrywanie, kim jestem, czego pragnę, czego się boję, jakie są moje możliwości, czego nie chcę, a co chcę, co lubię, czego ie lubię… No i wreszcie – co mi się w sobie nie podoba, co robię gorzej niż bym mogła, w czym upadam. Myślę, że przyznanie się do tego, kim jestem, jak żyję i zgoda na to, są najlepszym sposobem na bycie w zgodzie ze sobą i z Bogiem.

Kiedy uwierzę, że jestem kochana, zaakceptowana, kiedy zobaczę i „poczuję” miłość Boga, łatwiej mi z miłością spojrzeć na siebie samą, łatwiej być miłosierną dla siebie. W konsekwencji prowadzi to do życzliwego i miłosiernego patrzenia na innych.

Prawda o sobie może boleć, może przytłaczać, ale w kontekście Bożej miłości okazuje się pyłkiem. Bo ta miłość pochłania niedoskonałość, ból, cierpienie i grzech. Skoro mój Stwórca mnie nie odrzuca, dlaczego mam odrzucać samą siebie, dlaczego mam patrzeć nieżyczliwie na siebie, a konsekwencji również na drugiego człowieka? Bo zło będzie mi próbowało mówić, że nie zasługuję, że to za proste. Ale Bóg tak właśnie to wymyślił. Nie zaczyna od: „jesteś grzesznikiem”, ale od: „kocham cię”. Właśnie dlatego, że jesteś grzesznikiem, Ja daję ci moją miłość, żebyś uwierzył w swoją wartość, żebyś uwierzył w wartość drugiego człowieka, w to że on tez jest kochany…

Trud budowania relacji pozostaje, także w tej chyba najtrudniejszej – z samym sobą. Myślę, że pozwalając kochać się Bogu, pozwalam kochać się sama sobie, a to prowadzi do kochania drugiego człowieka, do uważności, życzliwości i bliskości.

 

Jakby nie spojrzeć, wszystko i tak sprowadza się do Początku, do Niego, Jego miłości.

Mogę tylko życzyć sobie i Wam cierpliwości, odwagi, wytrwałości i życzliwości w budowaniu wszelkich relacji 😀

 

 

Dziś będzie krótko… O darach Ducha Świętego

Jestem po formacji z Misjonarzami. (Formacja – od formowania. Ma na celu pokazać, ukształtować pewne postawy, zachowania. Ma nauczyć korzystać z wiedzy przekazanej.) Podzielę się kilkoma myślami z tego czasu. Niekoniecznie chyba składnymi, ale dlaczego o nich nie napisać?
 
Mieliśmy tym razem spotkanie z Duchem Świętym. A konkretnie to z jego charyzmatami. Największą ciekawostką było dla mnie, że jest ich ponad 300 – jeśli policzyć wszystkie, o których mowa jest w Biblii!
Wyobrażacie sobie, że każdy z nas jest czymś obdarowany?! Że w każdym złożone jest zarzewie daru, który tylko czeka, by się rozpalić.
Dlaczego nam tak trudno korzystać z darów? Myślę, że tym, co najbardziej paraliżuje i zamyka na dary, jest lęk. Może też niewiara albo niewiedza. Ale kiedy już zaryzykuję – wtedy cuda gwarantowane… Niekoniecznie od razu spektakularne uzdrowienia (choć dlaczego nie?), ale takie potrzebne w codzienności, jak rozeznanie czy wiara. Każdy jest potrzebny, stąd ich różnorodność.
Myślę też sobie, że Bóg patrzy na każdego bardzo indywidualnie i tak rozsyła swe dary, tak je lokuje, by trafiły najlepiej. Łaska bowiem buduje na naturze. Bóg wykorzystuje naturalne zdolności człowieka i je przemienia, umacnia, ulepsza. Ważne, by być uważnym na natchnienia, na Jego poruszenie – subtelne, a jakże mocne.
Byle nie zatracić w sobie, nie zgubić tej delikatnej nici łączącej mnie z Bogiem… Być wiernym, być ufnym, być gotowym.
A On pośle swego Ducha i będziemy głosić Jego Miłość, Miłosierdzie, a głoszeniu będą towarzyszyć znaki 🙂
Spokoju na noc i gotowości na cuda z Duchem Świętym
😇🌸

O Ewie pramatce

Dziś mam konferencję dotyczącą pierwszej kobiety w Biblii… No nie powiem, stresuję się. Materiały niby są, wszystko niby rozumiem, ale jak tu opowiadać o Ewie, kiedy ciągle w komentarzach pojawiają się mężczyźni? No i właśnie mnie natchnęło – przecież bez ich kontekstu trudno by było zobaczyć, jakie tak naprawdę jesteśmy!

To chyba to zestawienie nas – kobiet obok mężczyzn, sprawia, że stajemy się tacy wyraźni, tacy różnorodni i kompletni.

Co mnie urzekło i zastanowiło? Przede wszystkim fakt, jak bardzo grzech zniszczył relację pierwszych ludzi. Zobaczcie, kiedy Bóg pyta Adama, dlaczego zjadł owoc, on automatycznie mówi, ze Ewa mu go dała. Przypuszczam, że ona, usłyszawszy ten zarzut, przede wszystkim poczuła się zdradzona, na zasadzie – jak możesz?! Jak możesz mi to rozbić? Zostawiasz mnie, zrzucasz na mnie! Więc sama szuka winnego i znajduje węża.

Przecież Adam i Ewa byli w ogromnej bliskości, zarówno duchowej jak i psychicznej, i fizycznej. Grzech sprawił, że nastąpił zgrzyt, przerwanie więzi, nadużycie zaufania. I tak jest do dziś. Brak empatii, niechęć do drugiego, brak cierpliwości, opryskliwość – burzą i nadwątlają moje relacje.

Drugą rzeczą jest wspomniana w opisie upadku człowieka „nagość”, której doświadczają pierwsi ludzie i to, co z nią robi Bóg. To jest absolutnie niesamowite. „Nagość” w języku biblijnym oznacza utratę godności osobowej i społecznej, utratę własnej tożsamości (cytuję za: S. Biel SJ, K. Biel SJ, Kobiety. Między miłością a zdradą, s.16.). Bóg nie dość, że przecież wie, co nasi prarodzice zrobili, to jeszcze idzie w ich stronę i woła: „Gdzie jesteś”? Owszem, skutkiem grzechu są: trud życia, zdobywania pożywienia i porodu, ale i obietnica zbawienia w Jezusie wywodzącego się z potomstwa Ewy oraz (!) fakt, że Bóg sam szyje (sporządza) dla mężczyzny i kobiety odzienie ze skór. Zobaczcie, Bóg zajmuje się okryciem naszej nagości, przywracając tym samym godność człowiekowi. Nawiązuje nową relację z nimi i między nimi… To niesamowita dbałość, Miłosierdzie, troska…

Bóg troszczył się o Ewę, nie odrzucił ani jej, ani jej Adama. Jest dla nas – współczesnych Ew – nadzieja. W Jego sercu, w Jego miłosierdziu, w Jego miłości 🙂

A na koniec cytat, który mnie ujmuje chyba najbardziej – o Ewie, która przekroczyła granice poznania i o tym, jakie dobro wyprowadził z tego Bóg (źródło jak wyżej, s.26.):

Ewa chciała zakosztować życia ze wszystkim, co ono przynosi. Przyjęła wszelkie tego konsekwencje, poznała szczęście i ból. Doświadczyła siebie samej i przez to zyskała poznanie i własną, osobistą dojrzałość (L. Jarosch).

Myślę, że była szczęśliwa. Mimo bólu, cierpienia, utraty syna, poznania, czym jest grzech i doświadczenia go, była szczęśliwa. Odnajduję się w tym, a Ty?

*Wszystkie wcześniejsze wynurzenia i refleksje oparte są również o fragmenty Biblii – Rdz 1-4.

Marzenia na Nowy Rok

Początek roku, Nowego Roku, niby czas postanowień i rzucania sobie wyznań. Zadaję sobie pytanie, co mi po nich? Co mi po kolejnych postanowieniach? Rzadko w moim życiu robiłam postanowienia noworoczne. Wolę chyba myśleć o nich w kategorii marzeń do spełnienia. I te, owszem, mam.

Zadałam sobie zatem pytanie – czego bym w tym roku chciała? Czego pragnę? Na czym mi najbardziej zależy? Bardzo chcę odnaleźć odpowiedź na pytanie o dalszą pracę, czy to ma pozostać szkoła, a jeśli nie – to czym mam się zająć? Chcę się dalej uczyć, interesuje mnie diagnoza pedagogiczna, terapia. Jeśli znajdę środki, chcę podjąć studia. Nie wiem, czy podołam – tu od razu rodzą się we mnie wątpliwości. Pojawia się lęk. Ale przecież on jest normalny. Mimo niego będę marzyć, będę chcieć.

Marzę o dobrym życiu, wystarczająco dobrym i szczęśliwym. Marzę o poprawie moich finansów, o domu i wszystkim tym, co z nim się mi kojarzy.

Marzę o wakacjach, w czasie których wyjadę pozwiedzać; marzę o widoku gór, o słońcu na ich szczytach…

Marzę o Bogu, bliskim i dobrym, o relacji z Nim, o relacji która trwa, która jest bezpieczna.

Ojcowie Przymierza Miłosierdzia, Enrique i Antonello, napisali książkę „Boże marzenie”, w której opisują, jak z ich marzenia powstałego podczas modlitwy i rozeznawania zrodziła się Wspólnota. Wierzymy w niej, że Bóg pragnie, żebyśmy marzyli, pragnie spełniać nasze marzenia. W moich modlitwach proszę, żeby moje marzenia były tymi, które On dla mnie wymyślił. Żeby były dobre i dawały szczęście…

Niech to będzie wystarczająco dobry rok, pełen spełnionych marzeń i błogosławieństw 🙂

Ponad trzy lata… i „MAGIS”

Ponad trzy lata temu tu ostatnio zajrzałam.

Czas minął bezpowrotnie. Przeżyłam kilka trudnych doświadczeń, kilka „dziwnych” zdarzeń. Zobaczyłam, czym jest choroba, przeszłam przez nią i wiem, że dużo dzięki niej (bądź przez nią) się dokonało – w życiu moim i moich najbliższych. Proces leczenia trwa i pewnie jeszcze potrwa, w końcu to terapia długoterminowa.

Zmieniłam pracę, moje dzieci niemal dorosły, a moja perspektywa widzenia świata uległa modyfikacji…
Ciągle patrzę z ciekawością, ale chyba inaczej. Chcę widzieć więcej prawdy, więcej tu i teraz, nie chcę dać się oszukać, nie chcę wybiegać daleko. Chcę być. Chcę żyć.
Moje doświadczenia pokazują, że ciągle jestem w drodze. Szukam, pytam, czy to, co robię, jest tym, co rzeczywiście chcę i powinnam robić w życiu.
Czy moje miejsce jest w szkole, wśród uczniów, gwaru, hałasu i kolejnej reformy, czy może w moim własnych dziele – firmie służącej innym. Niewiele umiem poza uczeniem innych, robię to ponad dwadzieścia lat… Ale… Mam doświadczenie, lubię pisać, uwielbiam czytać, wiem, że potrafię dobrze przygotować konferencję, mam jakiś tam zmysł organizatorski, potrafię pracować z ludźmi i podobno mam radiowy głos 😉 Na razie zastanawiam się, co dalej z tymi „atutami” zrobić.

Pewna bardzo bliska mi kobieta przysłała mi zdjęcie formularza zawierającego dane jej firmy. Dziś ją założyła. Bardzo się cieszę. Tym bardziej, że myślałyśmy o takiej działalności już wcześniej. Ona jednak ma odpowiednie kwalifikacje do jej prowadzenia. Bardzo chętnie włączę się w to dzieło. Jeszcze nie wiem jak, na razie będę głośno wszem wobec ogłaszać, że od dziś mamy w okolicy „Magis”, czyli Pracownię Wspomagania Rozwoju i Psychoedukacji. „Magis” z łaciny znaczy – „bardziej”, „więcej”, łączy się z duchowością ignacjańską i zakłada nastawienie dynamizujące, szczególnie w relacji z Bogiem. Właśnie jej decyzja, jej podzielenie się tą radością sprawiły, że wróciłam tutaj.

Może to miejsce jest częściowo po to, bym odnalazła odpowiedź? Się okaże 😀