Archiwa autora: aniasarayu

O aniasarayu

Moje imię, Anna/Hannah, z hebrajskiego znaczy - łaska, Sarayu to określenie - imię Ducha Świętego, jego tchnienia, powiewu (zainteresowanych odsyłam do lektury "Chaty" W.P. Younga). Jestem ciekawa świata i ludzi. Uwielbiam czytać. Pragnę zachować młodą duszę. Pomimo starzejącego się ciała, chcę, aby moje serce zachowało młodzieńczy rytm. Chcę patrzeć na świat z Bożej perspektywy, umieć dostrzegać zawsze więcej dobra niż zła, więcej miłości niż nienawiści. Uczę się tego nieustannie. Chcę też zawsze pamiętać, że niezależnie od tego, co łączy lub dzieli ludzi - "jesteśmy razem w sercu Boga". Serdecznie zapraszam Cię w moje blogowe progi.

Ślub, uczciwość, błogosławieństwo…

Zbliża się pewien ślub, na którym jestem zaproszona. Czuję się wyjątkowo nerwowa. Lubię śluby. Z tym jednak związane jest dużo różnych emocji, wątpliwości.

Młoda para, jak i większość jej rodziny, niekoniecznie „lubi się” z kościołem. Chce jednak złożyć przysięgę przed Bogiem. To skłania mnie do refleksji, czy taki wybór ma sens, jeśli na co dzień nie praktykują, nie chodzą co niedziela na mszę itp. Ja absolutnie ich nie oceniam. Zastanawia mnie tylko, czy taka uroczystość jest uczciwa, jeśli nie idzie za nią światopogląd.

Kapłan w pewnym momencie na przykład zapyta, czy chcą po katolicku wychować dzieci. Jak tu uczciwie odpowiedzieć, że tak, skoro sami nie praktykują? Skoro nie mają relacji z Bogiem, jak ją pokażą dzieciom? To jest trudne nawet wtedy, kiedy ma się tę relację, ale dzieci z różnych powodów nie chcą jej kontynuować.

Sama bardzo często zadaję sobie pytanie, czy wypełniłam to zobowiązanie, czy włożyłam wystarczająco dużo wysiłku, by moje dzieci miały możliwość rozwoju swojej relacji z Bogiem. Przyznam szczerze, że miałam sobie niejedno do zarzucenia. Nie chcę jednak już wpędzać siebie w poczucie winy. Wiem teraz, że zrobiłam tyle, ile umiałam w tych różnych momentach, kiedy pokazywałam im wiarę, Boga, Jego miłość. Inaczej nie potrafiłam. I nie potrafię, dlatego robię to tak, jak umiem najlepiej. Efekty może nie powalają, ale piękne jest, kiedy nie doświadczam wyśmiewania i przytyków do moich praktyk religijnych, ale nawet niejakie zrozumienie, szacunek i akceptację.

Wracając do ślubowania w kościele… Dla mnie uczciwie by było przemyśleć, czy ja rzeczywiście jestem gotowa/gotowy do wypełnienia zobowiązań związanych z katolickim ślubem. Szczególnie tych związanych z otwarciem na życie i wychowanie w duchu katolickim. I sądzę, że jeśli narzeczeni naprawdę dobrze by przemyśleli pytania, które zostaną im zadane jeszcze przed złożeniem przysięgi, mogłoby się okazać, że nie do końca się zgadzają, choć mówią „chcemy”. Nie mówię tylko o tej konkretnej parze, to samo może dotyczyć każdego chcącego przyjąć ślub w Kościele Katolickim.

Czy nie uczciwiej jest pójść do urzędu i tam złożyć przysięgę, podpisać kontrakt? Też zobowiązuje, ale chyba łatwiej być ze sobą w zgodzie? I żeby było jasne – nie preferuję tylko tej formy zawierania małżeństwa, zadaję jedynie pytania.

Nie jestem gotowa, by napisać o kilku innych aspektach związanych z tą uroczystością, szczególnie jeśli chodzi o reakcje kapłana i rodziny. Myślę jednak, że jeśli brakuje spójności między czynami a światopoglądem i duchowością, to brakuje też uczciwości. Stąd tyle kontrowersji i niepokojów.

Wierzę, że młodzi realizują swoją potrzebę potwierdzenia związku, prawnego usankcjonowania go. Cieszą się, denerwują, oczekują – i to wszystko jest piękne.

Życzę im z całego serca, by byli szczęśliwi i by Bóg im pobłogosławił.

Nie ograniczaj Mnie!

„Nie ograniczaj Mnie”!
 
Te słowa ciągle powracają. Ilekroć próbuję coś z Bogiem ugadać, po ludzku „ugrać”, On mi to samo – nie ograniczaj Mnie… Ostatnio bardzo prosiłam o cud w sprawie mieszkania, cudu nie było – przynajmniej nie w mojej wersji. Wiem jednak, że zrobiłam co w mojej, ludzkiej, mocy możliwe, by cudowi dopomóc. I kiedy nic nie wyszło, usłyszałam – „nie ograniczaj Mnie”. On daje, nieustannie. Jest Bogiem, który Jest – tu i teraz, tuż obok mnie, w tym wszystkim, co przeżywam, jeśli mu tylko pozwolę.*
Jednocześnie dotarło do mnie, że to podobnych słów mogę użyć w stosunku do siebie – „nie ograniczaj siebie”. To znaczy – myśl dobrze o sobie, zatroszcz się, pomyśl, jak możesz uczynić swoje życie lepszym i bardziej wartościowym, i jak takim uczynić życie innych, twoich bliskich. To znaczy – miej kontakt z tym, co w tobie żywe, prawdziwe – Boże. Tak proste i tak trudne to zarazem.
 
*Zainteresowanych odsyłam do konferencji ojca Adama Szustaka „Targ zamknięty”.

Bez tytułu…

W Ewangelii Jezus dziś idzie do swoich. Do Nazaretu. Oni widzą w Nim tylko kogoś, kogo znali od dzieciństwa. Widzieli, jak biega, skacze, bawi się, uczy itp. Nie potrafią w Nim ujrzeć Nauczyciela, Syna Boga. Nie mieści się w ich schemacie. On jednak nie przyjmuje ich sądów, opinii o sobie. Nie zniechęca się, nie roztrząsa ich, nie załamuje się. Wie po co przyszedł, zna swą wartość, zna cel swego życia. Pragnie uzdrawiać i przychodzi z darem nowego życia, ale one nie zostają przyjęte. Co robi? Idzie dalej, do innych, chcących przyjąć Miłość i jej dary. Niczego nie traci, ma nieskończone zasoby dobra i nim się dzieli, a kiedy się dzieli i inni przyjmują, to ono się pomnaża.
Jezus chce mieć relację, nie rację  A jeśli tej relacji ktoś nie chce, idzie dalej szukać takich, którym na relacji zależy…

NVC. O języku serca <3

W życiu przychodzą chwile rozterek, chwile troski, lęku, miłości i radości i wiele, wiele innych. Wszystko to jest, „przydarza się”. Ale za każdym razem mam wybór – jak przeżyję to, co mi się zdarza. Wszystko przychodzi, pobędzie ze mną i odejdzie, by zrobić miejsce nowemu. I tak ciągle – od narodzin po śmierć. To refleksyjny wstęp, teraz sedno 😉
Ostatnie tygodnie najeżone były najróżniejszymi zmaganiami – w pracy, w domu, w codziennym życiu. Czerwiec obfitował w kolejne rzeczy do zrobienia „na już” albo „na wczoraj”. A ostatnie dwa tygodnie roku szkolnego to był wręcz maraton – by zdążyć ze wszystkim. Przypłaciłam to dwutygodniowym odreagowaniem z mało fajnymi objawami wzmożonego obniżenia nastroju, migrenami i problemami żołądkowymi. dlaczego? Ponieważ nie byłam dla siebie zbyt dobra, nie zatroszczyłam się o odpoczynek i pozwoliłam, by pogoń, by ze wszystkim zdążyć stałą się najważniejsza…
W tym gorącym czasie miałam jednak ogromne szczęście uczestniczyć w warsztatach „Ja – zrozumieć siebie”. Porozumienie bez przemocy. Bóg zatroszczył się, bym dostała na nie wolne w pracy i jeszcze kasę mi oddali – no bo to w ramach podnoszenia kwalifikacji 😉 Oczywiście jest to prawdą, ale gdybym złamanego grosza nie dostała i tak bym na nie pojechała.
Nie będę się rozwodzić nad całą metodą Porozumienia (NVC), zainteresowani znajdą wszystko na stronie https://du-t.com, łącznie z literaturą. Mnie w Porozumieniu urzekła jedna z podstawowych zasad – w kontaktach z ludźmi chcesz mieć rację czy relację? I może jeszcze druga – ludzie to, co robią, robią najlepiej, jak w danym potrafią, gdyby umieli lepiej, zrobiliby to lepiej. W zasadzie jestem bardzo zainteresowana tym sposobem porozumiewania się i mam nadzieję (postanawiam!), że nauczę się, jak używać go najlepiej. We wrześniu wybieram się na ciąg dalszy.
Język NVC nazywany jest językiem serca albo językiem życia. Twórca – Marshall Rosenberg – zauważył, że obserwując, nazywając swoje uczucia i potrzeby i wyrażając prośbę, jesteśmy w stanie osiągnąć rzeczywistą nić porozumienia, relacji z innymi, a nasze potrzeby mogą być wzajemnie zaspokojone. Warunkiem są: otwarte serce, życzliwość dla siebie i drugiego człowieka oraz umiejętne wyrażanie obserwacji, uczuć, potrzeb i próśb.
Marzy mi się szkoła zbudowana w oparciu o relacje a nie racje. Marzy mi się moje życie zbudowane w oparciu o język serca – przecież na tym polega miłość bliźniego… Praca to trudna, ale bardzo „opłacalna”.
Myślę, że pragnienie mojego serca, by wziąć udział w tym warsztatach było tchnieniem Ducha. Wszystkie przeciwności zostały usunięte, modlitwy wysłuchane, czas błogosławiony, a owoce przychodzą i niewątpliwie przyjdą kolejne. Wierzę, że Bóg jest dobry i jako dobry objawia się we wszystkim, co służy zbudowaniu.
Pamiętaj – racja czy relacja? Wybór masz zawsze i zawsze jest Twój, podobnie jak jego konsekwencje 🙂

Inność, prawda i miłość – wieczorne refleksje

Mimo różnić, warto się spotykać. Warto z otwartym sercem słychać inności. W niej można dostrzec siebie, odkryć coś, co zostało pogrzebane, zapomniane. Myślę, że lęk przez innością może brać się z tego, że obawiamy się sytuacji, w której w owej „inności” zobaczymy siebie. Nasze zapomniane pragnienia, obawy, marzenia. „Inny” może nam je przypomnieć, a to czasami zaboli.
Prawda jednak, jeśli już na nią się zgodzić, daje wolność. Nic już nie muszę ukrywać, za niczym się chować, nie muszę zakładać kolejnej maski. Prawda nie musi się podobać, ale jest jedyną droga do wolności, do szczerości wobec siebie i bliźnich.
Dziś usłyszałam (parafrazuję), że mimo różnic, odrębności – warto kochać. To piękne, bo poprzez miłość doświadczaną od drugiego człowieka, przez jego ciekawość, akceptację, życzliwość, mogę z większą empatią spojrzeć na siebie 
Nie wiem, czy to zrozumiałe, co napisałam, ale refleksja wieczorna mnie naszła 

 

Pustka i filozof idealista 

Tyle słów, a jednocześnie ich brak, by „wyrazić wszystko, co pomyśli głowa”. Znacie to? Ja mam tak już dość długo. A może właściwie problem leży nie w braku słów, a w skupieniu się na ich odnajdywaniu? Ja pewnie się powtarzam, ale chyba brak mi wiary w to, że kiedy pojawia się ta nieuchwytna myśl, by coś napisać, ja od razu ją odsuwam od siebie – bo może to, co chcę przekazać sensu nie ma, może to „jakiś pierdół”, może nic nie wniesie? Ale czy musi? No nie musi i ja wiem o tym doskonale. Przecież ten blog ma być moją refleksją, moją perspektywą i nie wszystkim musi odpowiadać…
To ciekawe, bo sądzę, że nie zabiegam o względy innych, nie muszę mieć poklasku czy 100 lajków, a jednak… Pragnienie akceptacji i poparcia jest nie do wyparcia 
Ostatnio byłam na bardzo ważnych dla mnie warsztatach dla kobiet. Dzięki nim zrozumiałam, dlaczego jestem, jaka jestem. Poznałam mój profil osobowości i może nie jestem nim bardzo zaskoczona – no to w końcu ja – ale pewne aspekty mi się poukładały w głowie. Najkrócej mówiąc – filozof idealista…
Z ciekawostek – utwierdziłam się co do mojego introwertyzmu  Jestem osobą przyjacielską, ale nie lubię sztuczności w kontaktach! Dlatego nie lubię dużych spotkań, dlatego nie lubię wielkich rekolekcji, dlatego nie lubię być długo z wieloma ludźmi w jednym miejscu. To wcale nie znaczy, że jestem do nich wrogo nastawiona. Boże, broń! Chodzi o to, że dyskomfort spowodowany „tłumem” (dla mnie więcej niż 10 – 15 osób, a przy skrajnym zmęczeniu nawet 5 – 10), sprawia, że czuję się sztucznie i nieswojo. Męczę się i nie umiem zaangażować się w spotkanie, nie umiem wzbudzać empatii w sobie, ani być „tu i teraz”. To znaczy trochę umiem, ale kosztuje mnie to bardzo dużo energii i po takim spotkaniu jestem zupełnie nieproporcjonalnie wymęczona niżby tego wymagała sytuacja.
Inna ciekawostka – takich ludzi podobno jest niewielu, więc dlatego są postrzegani jako lekko dziwni albo inni 
 Może nie spotkałam się otwarcie z takimi określeniami siebie, ale moje odczucia często mi to potwierdzają.
Dziękuję Bogu, że uczy mnie cierpliwości i miłości do samej siebie – znacznie łatwiej zaakceptować to, kim jestem, a jestem piękna 

Tego dowiedziałam się na warsztatach i tego będę się trzymać.

Uważność?

Życie przynosi niespodziewane zwroty, spotkania, relacje i PROBLEMY.
Zastanawiam się, ile i co ostatnio przeoczyłam? Zastanawiam się również, jak żyć, by być tu i teraz, by uważnie patrzeć na to, co niesie życie – i nieć ani z przodu, w przyszłości, ani z tyłu, w przeszłości.
Tyle można wyczytać o uważności, o życiu w teraźniejszości, o świadomości tego, co się przeżywa, o byciu w kontakcie z sobą. Aż chwilami mdli mnie od tego. Bo w teorii to ja wszystko rozumiem, ale w praktyce… Hm, tu bywa już różnie. A ostatnie tygodnie pokazują mi jedno – są momenty, że wcale nie chcę być z sobą w kontakcie!!! Wcale nie chcę przeżywać tego, co przeżywam, wcale nie chcę być tu i teraz. Najchętniej uciekłabym w mysią dziurę, z daleka od problemów, bólu, cierpienia i wszystkiego, co mnie przytłacza.
Uciekłabym od ludzi, których zachowanie sprawia, że nie chcę być ze sobą, nie chcę być z nimi i w ogóle – nie chcę 🙁

I oczywiście rozum mi już mówi – jeśli tego nie przeżyjesz, to to nie zniknie, to nadal będzie; jeśli nie pozwolisz temu przepłynąć przez ciebie, jeśli nie zrobisz temu miejsca, to

https://www.pinterest.co.uk/pin/480266747754350894/

będzie i tak cię rozsadzać, będzie pęczniało w twoim sercu, w duszy i nie pozwoli na spokój…

Tak, ja o tym wiem, a mimo wszystko – tak cholernie ciężko na tę rzeczywistość mi przystać, tak trudno się z nią zaprzyjaźnić, tak trudno przez nią przejść!!!
Dlaczego to, co jest najtrudniejsze, daje najwięcej doświadczenia, dlaczego najbardziej buduje? Dlaczego umieranie daje życie? Dokładnie tak – daje życie, nie pomyliłam się.
Urodzi się coś nowego – jeszcze nie wiem co. Oby było to warte bólu i cierpienia, niepewności oraz napięcia, które teraz współistnieją ze mną w najlepsze.
Oby mój dobry Bóg mnie nie opuszczał w tym zmaganiu, oby dał mi ducha odwagi, mądrości i miłości – szczególnie do samej siebie.
Wiem, że nie jestem w takich zmaganiach odosobniona, jednak natłok doznań i przeżyć ostatnich tygodni musiał wreszcie ze mnie choć tak wypłynąć…

Łaska i choroba

Choroba jest stanem, który nie należy do moich ulubionych. Jestem chora. Niby nic nadzwyczajnego – trochę gorączki, trochę bólu gardła, ogólne osłabienie i ból całego ciała. Wyłączyło mnie to wszystko jednak z życia, z pracy.

Każda słabość, niedomaganie jest dla mnie trudnym doświadczeniem. Pokazuje mi bowiem moją potrzebę kontrolowania i niezależności. A tu nic, nie da się kontrolować i być niezależnym, jak się leży, kicha, kaszle i czuje łamanie w ciele… Dziś jest już o wiele lepiej. Mogłam się podnieść, przespacerowałam się z psem, na chwilę byłam po zakupy. Wiem, powinnam leżeć. Ale nie umiem. Leżenie wyciąga ze mnie wszystkie sił, a mam ich teraz naprawdę niewiele. Dawno nie czułam takiej niemocy, takiej słabości fizycznej i psychicznej właściwie też.

Wstałam więc, ogarnęłam się trochę. Udało mi się nawet w komfortowych warunkach – pod kocykiem, sprawdzić różne wytwory intelektualne moich uczniów. Rodzi się jednak we mnie pytanie – czy to mieści się w jakiejś normie? Teoretycznie czas choroby powinien służyć mojej rekonwalescencji. A mi do czego służy? Nadrabiania zaległości w sprawdzaniu? Co zrobiłam dla siebie, żeby mi było lepiej, zdrowiej? Obejrzałam sobie „Podróż na sto stóp” – szczerze polecam. Czytałam książkę i bardzo mi się podobała, ale i film mnie nie rozczarował 🙂 A poza tym? Wyspałam się, wygrzałam. Porozmyślałam. Odwiedziła mnie H., której nie widziałam już bardzo dawno.

Zabrakło mi jednak ciszy w sercu, spokoju i spotkania z Nim, z Bogiem. On zna chorobę, uzdrowił córkę Jaira, kobietę cierpiącą na krwotok i wielu innych. Uzdrawiał ciało i duszę. Myślę, że we mnie, pomimo ostatnich zewnętrznych objawów, choruje bardziej dusza. To ona potrzebuje uzdrowienia, ukojenia w ramionach Miłosiernego. Może to własnie mam odkrywać w tym czasie swojej niemocy? Może o tym mam myśleć, to oddawać i poddawać się płynącej strumieniami łasce? Niech tak się stanie.

Przytłoczenie i nadzieja

Kolejny pracowity dzień, trudny, długi i daleki od zakończenia.

Ostatnio większość moich dni tak wygląda. Zastanawiam się, jak odnaleźć spokój, radość i spójność w tym, co robię. Koniec semestru w szkołach zazwyczaj jest bardzo „gorący” i napięty. Uczniowie, rodzice, nauczyciele, dyrekcja – każdy czegoś oczekuje i każdy chce mieć wszystko najlepiej „na już”. A tak się nie da… Przynajmniej ja tak nie umiem. Nawet jeśli wygląda, że zdążyłam ze wszystkim, to okupione to jest tym, czego nie widać – stresem i bólem żołądka.

Zmagam się z tymi półroczami już kolejne dziesięciolecie. I za każdym razem przeżywam je niemal tak samo. Napięcie, nerwy, poczucie niesprawiedliwości, bezsensu itp. Nie znoszę wystawiania ocen. Naprawdę! Gdybym mogła, pisałabym lub wyjaśniała, co ktoś zrobił dobrze, a nad czym ma jeszcze pracować. Uważam, że oceny nie odzwierciedlają prawdy o uczniu. Uważam, że nigdy nie jestem w stanie, no może w kilku procentach jestem, określić oceną stan wiedzy i umiejętności ucznia.

I właśnie w tym przytłoczeniu półrocznym ujrzałam inną perspektywę! Czy Jezus oceniał swoich uczniów? Czy wystawiał im oceny w związku z ich apostolską działalnością? No nie… Patrzył na nich z miłością, czasami złościł się, czasami pouczał, ale ocen nie wystawiał. Ja oczywiście rozumiem, że oni nie pracowali w szkole, w klasie, z uczniami. Ich jednak zadaniem było nauczać – głosić Królestwo Boże, uzdrawiać, wyrzucać złe duchy. Oni dopiero mieli szkołę bez szkoły! Ich „szkoła” wymykała się spod wszystkich schematów, ze wszystkich ram. Ich nauczyciel był całkiem inny. Budził ich, budził chęć robienia czegoś nowego, innego, budził ciekawość.  Ewangelie z ostatnich dni pokazują, że uważano Go wręcz za niepoczytalnego. Dlaczego? Bo postępował inaczej niż pozostali uczeni w Piśmie.

Czasami marzy mi się szkoła bez ocen, bez schematów, bez takiego ścisłego trzymania się standardów, Wiadomo, są umiejętności, które wyćwiczyć trzeba, jest wiedza bez której trudno zrozumieć świat, ale czy to musi być tak schematycznie przekazywane?! Czy oceny muszą być tak sztywne? Wiem, że nie odkrywam Ameryki, że niejeden nauczyciel – i nie tylko – już sobie zadał te pytania.

Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że moje staranie się, by być jak najmniej szablonową i by być przede wszystkim sobą w byciu nauczycielką ma sens. Że dzieciaki, z którymi się spotykam dość często przez kilka lat ich życia, z lekcji ze mną „wyniosą” nie tylko suchą wiedzę i może garść niekiedy nawet użytecznych umiejętności, ale że uda mi zasiać w nich ciekawość świata, ludzi, literatury i tego, co nienazwane i niezmierzone. Tak, tego pragnę chyba w mojej pracy najbardziej.

O relacjach różnorakich

Relacje w życiu po prostu są. Nawet jeśli ich nie chcemy, to i tak najpierw musi być kontakt, by móc potencjalną znajomość odrzucić. To zdanie odnosi się także do relacji z sobą samym – bo siebie też mogę przecież odrzucić…

Zastanawia mnie, dlaczego tak trudno podejmować trud budowania, wchodzenia, trwania w relacjach. Skąd bierze się lęk przed bliskością? Psychologowie powiedzą, że wszystko ma źródło w dzieciństwie. Zgadzam się. Tylko, że jestem dorosła, w głowie sobie poukładam, wytłumaczę wszystko, ale serce nadal się boi, ucieka i nie pozwala na bliskość.

Bycie w relacji oznacza bycie tu i teraz, bycie blisko siebie samego i blisko drugiego. Może kluczem więc jest być blisko siebie? Przyglądanie się sobie z uwagą, odkrywanie, kim jestem, czego pragnę, czego się boję, jakie są moje możliwości, czego nie chcę, a co chcę, co lubię, czego ie lubię… No i wreszcie – co mi się w sobie nie podoba, co robię gorzej niż bym mogła, w czym upadam. Myślę, że przyznanie się do tego, kim jestem, jak żyję i zgoda na to, są najlepszym sposobem na bycie w zgodzie ze sobą i z Bogiem.

Kiedy uwierzę, że jestem kochana, zaakceptowana, kiedy zobaczę i „poczuję” miłość Boga, łatwiej mi z miłością spojrzeć na siebie samą, łatwiej być miłosierną dla siebie. W konsekwencji prowadzi to do życzliwego i miłosiernego patrzenia na innych.

Prawda o sobie może boleć, może przytłaczać, ale w kontekście Bożej miłości okazuje się pyłkiem. Bo ta miłość pochłania niedoskonałość, ból, cierpienie i grzech. Skoro mój Stwórca mnie nie odrzuca, dlaczego mam odrzucać samą siebie, dlaczego mam patrzeć nieżyczliwie na siebie, a konsekwencji również na drugiego człowieka? Bo zło będzie mi próbowało mówić, że nie zasługuję, że to za proste. Ale Bóg tak właśnie to wymyślił. Nie zaczyna od: „jesteś grzesznikiem”, ale od: „kocham cię”. Właśnie dlatego, że jesteś grzesznikiem, Ja daję ci moją miłość, żebyś uwierzył w swoją wartość, żebyś uwierzył w wartość drugiego człowieka, w to że on tez jest kochany…

Trud budowania relacji pozostaje, także w tej chyba najtrudniejszej – z samym sobą. Myślę, że pozwalając kochać się Bogu, pozwalam kochać się sama sobie, a to prowadzi do kochania drugiego człowieka, do uważności, życzliwości i bliskości.

 

Jakby nie spojrzeć, wszystko i tak sprowadza się do Początku, do Niego, Jego miłości.

Mogę tylko życzyć sobie i Wam cierpliwości, odwagi, wytrwałości i życzliwości w budowaniu wszelkich relacji 😀