Miesięczne archiwum: Sierpień 2018

Ślub, uczciwość, błogosławieństwo…

Zbliża się pewien ślub, na którym jestem zaproszona. Czuję się wyjątkowo nerwowa. Lubię śluby. Z tym jednak związane jest dużo różnych emocji, wątpliwości.

Młoda para, jak i większość jej rodziny, niekoniecznie „lubi się” z kościołem. Chce jednak złożyć przysięgę przed Bogiem. To skłania mnie do refleksji, czy taki wybór ma sens, jeśli na co dzień nie praktykują, nie chodzą co niedziela na mszę itp. Ja absolutnie ich nie oceniam. Zastanawia mnie tylko, czy taka uroczystość jest uczciwa, jeśli nie idzie za nią światopogląd.

Kapłan w pewnym momencie na przykład zapyta, czy chcą po katolicku wychować dzieci. Jak tu uczciwie odpowiedzieć, że tak, skoro sami nie praktykują? Skoro nie mają relacji z Bogiem, jak ją pokażą dzieciom? To jest trudne nawet wtedy, kiedy ma się tę relację, ale dzieci z różnych powodów nie chcą jej kontynuować.

Sama bardzo często zadaję sobie pytanie, czy wypełniłam to zobowiązanie, czy włożyłam wystarczająco dużo wysiłku, by moje dzieci miały możliwość rozwoju swojej relacji z Bogiem. Przyznam szczerze, że miałam sobie niejedno do zarzucenia. Nie chcę jednak już wpędzać siebie w poczucie winy. Wiem teraz, że zrobiłam tyle, ile umiałam w tych różnych momentach, kiedy pokazywałam im wiarę, Boga, Jego miłość. Inaczej nie potrafiłam. I nie potrafię, dlatego robię to tak, jak umiem najlepiej. Efekty może nie powalają, ale piękne jest, kiedy nie doświadczam wyśmiewania i przytyków do moich praktyk religijnych, ale nawet niejakie zrozumienie, szacunek i akceptację.

Wracając do ślubowania w kościele… Dla mnie uczciwie by było przemyśleć, czy ja rzeczywiście jestem gotowa/gotowy do wypełnienia zobowiązań związanych z katolickim ślubem. Szczególnie tych związanych z otwarciem na życie i wychowanie w duchu katolickim. I sądzę, że jeśli narzeczeni naprawdę dobrze by przemyśleli pytania, które zostaną im zadane jeszcze przed złożeniem przysięgi, mogłoby się okazać, że nie do końca się zgadzają, choć mówią „chcemy”. Nie mówię tylko o tej konkretnej parze, to samo może dotyczyć każdego chcącego przyjąć ślub w Kościele Katolickim.

Czy nie uczciwiej jest pójść do urzędu i tam złożyć przysięgę, podpisać kontrakt? Też zobowiązuje, ale chyba łatwiej być ze sobą w zgodzie? I żeby było jasne – nie preferuję tylko tej formy zawierania małżeństwa, zadaję jedynie pytania.

Nie jestem gotowa, by napisać o kilku innych aspektach związanych z tą uroczystością, szczególnie jeśli chodzi o reakcje kapłana i rodziny. Myślę jednak, że jeśli brakuje spójności między czynami a światopoglądem i duchowością, to brakuje też uczciwości. Stąd tyle kontrowersji i niepokojów.

Wierzę, że młodzi realizują swoją potrzebę potwierdzenia związku, prawnego usankcjonowania go. Cieszą się, denerwują, oczekują – i to wszystko jest piękne.

Życzę im z całego serca, by byli szczęśliwi i by Bóg im pobłogosławił.

Nie ograniczaj Mnie!

„Nie ograniczaj Mnie”!
 
Te słowa ciągle powracają. Ilekroć próbuję coś z Bogiem ugadać, po ludzku „ugrać”, On mi to samo – nie ograniczaj Mnie… Ostatnio bardzo prosiłam o cud w sprawie mieszkania, cudu nie było – przynajmniej nie w mojej wersji. Wiem jednak, że zrobiłam co w mojej, ludzkiej, mocy możliwe, by cudowi dopomóc. I kiedy nic nie wyszło, usłyszałam – „nie ograniczaj Mnie”. On daje, nieustannie. Jest Bogiem, który Jest – tu i teraz, tuż obok mnie, w tym wszystkim, co przeżywam, jeśli mu tylko pozwolę.*
Jednocześnie dotarło do mnie, że to podobnych słów mogę użyć w stosunku do siebie – „nie ograniczaj siebie”. To znaczy – myśl dobrze o sobie, zatroszcz się, pomyśl, jak możesz uczynić swoje życie lepszym i bardziej wartościowym, i jak takim uczynić życie innych, twoich bliskich. To znaczy – miej kontakt z tym, co w tobie żywe, prawdziwe – Boże. Tak proste i tak trudne to zarazem.
 
*Zainteresowanych odsyłam do konferencji ojca Adama Szustaka „Targ zamknięty”.