Przytłoczenie i nadzieja

Kolejny pracowity dzień, trudny, długi i daleki od zakończenia.

Ostatnio większość moich dni tak wygląda. Zastanawiam się, jak odnaleźć spokój, radość i spójność w tym, co robię. Koniec semestru w szkołach zazwyczaj jest bardzo „gorący” i napięty. Uczniowie, rodzice, nauczyciele, dyrekcja – każdy czegoś oczekuje i każdy chce mieć wszystko najlepiej „na już”. A tak się nie da… Przynajmniej ja tak nie umiem. Nawet jeśli wygląda, że zdążyłam ze wszystkim, to okupione to jest tym, czego nie widać – stresem i bólem żołądka.

Zmagam się z tymi półroczami już kolejne dziesięciolecie. I za każdym razem przeżywam je niemal tak samo. Napięcie, nerwy, poczucie niesprawiedliwości, bezsensu itp. Nie znoszę wystawiania ocen. Naprawdę! Gdybym mogła, pisałabym lub wyjaśniała, co ktoś zrobił dobrze, a nad czym ma jeszcze pracować. Uważam, że oceny nie odzwierciedlają prawdy o uczniu. Uważam, że nigdy nie jestem w stanie, no może w kilku procentach jestem, określić oceną stan wiedzy i umiejętności ucznia.

I właśnie w tym przytłoczeniu półrocznym ujrzałam inną perspektywę! Czy Jezus oceniał swoich uczniów? Czy wystawiał im oceny w związku z ich apostolską działalnością? No nie… Patrzył na nich z miłością, czasami złościł się, czasami pouczał, ale ocen nie wystawiał. Ja oczywiście rozumiem, że oni nie pracowali w szkole, w klasie, z uczniami. Ich jednak zadaniem było nauczać – głosić Królestwo Boże, uzdrawiać, wyrzucać złe duchy. Oni dopiero mieli szkołę bez szkoły! Ich „szkoła” wymykała się spod wszystkich schematów, ze wszystkich ram. Ich nauczyciel był całkiem inny. Budził ich, budził chęć robienia czegoś nowego, innego, budził ciekawość.  Ewangelie z ostatnich dni pokazują, że uważano Go wręcz za niepoczytalnego. Dlaczego? Bo postępował inaczej niż pozostali uczeni w Piśmie.

Czasami marzy mi się szkoła bez ocen, bez schematów, bez takiego ścisłego trzymania się standardów, Wiadomo, są umiejętności, które wyćwiczyć trzeba, jest wiedza bez której trudno zrozumieć świat, ale czy to musi być tak schematycznie przekazywane?! Czy oceny muszą być tak sztywne? Wiem, że nie odkrywam Ameryki, że niejeden nauczyciel – i nie tylko – już sobie zadał te pytania.

Pozostaje mi mieć tylko nadzieję, że moje staranie się, by być jak najmniej szablonową i by być przede wszystkim sobą w byciu nauczycielką ma sens. Że dzieciaki, z którymi się spotykam dość często przez kilka lat ich życia, z lekcji ze mną „wyniosą” nie tylko suchą wiedzę i może garść niekiedy nawet użytecznych umiejętności, ale że uda mi zasiać w nich ciekawość świata, ludzi, literatury i tego, co nienazwane i niezmierzone. Tak, tego pragnę chyba w mojej pracy najbardziej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *