Miesięczne archiwum: Październik 2014

Autentyczność

We wczorajszym czytaniu z listu do Galatów święty Paweł ostro krytykuje świętego Piotra (Gal 2,1-2. 7-14). Próbowałam wyobrazić sobie tę scenę, w której Paweł przyłapuje Piotra na fałszu. Ciekawe, czy od razu żywiołowo zareagował? Pewnie tak, bo należał raczej do choleryków niż do flegmatyków. A zachowanie Piotra nie do końca mnie dziwi. Jego postawy bywały zachowawcze już za życia Jezusa, np. kiedy próbuje powiedzieć, że nigdy nie przyjdzie na Niego chwila męki albo kiedy się Go zapiera.

Teraz sytuacja jest trochę odmienna, choć mechanizm działania ten sam. Piotr nie umie być szczery wobec swoich przyjaciół/znajomych z Jerozolimy. Nie umie być wierny swojemu wyborowi, nie umie być miłosierny wobec „nawróconych pogan”. Pomimo początkowo zawiązanych relacji, on z nich rezygnuje, kiedy pojawiają się towarzysze. Odsuwa się od nowo nawróconych nie-Żydów. Udaje. w zasadzie to i przed Bogiem i przed ludźmi i przed sobą samym. Pewnie boi się ich opinii. Ale przecież już wcześniej ustalili, że „wszystko ok,” można głosić poganom. Dlaczego się wycofał, dlaczego zaczął udawać, dlaczego wciągnął w to Barnabę? Tak naprawdę tylko Kefas zna odpowiedź.

Ja myślę, że czasami sama zachowuję się jak Piotr. On był Opoką, pierwszym papieżem, znał Jezusa realnie, Chodził z Nim, był w Wieczerniku. I tak udawał i tak lękał się opinii innych. Ze mną jest podobnie. Są sytuacje, kiedy nie chcę być widziana z jakimś człowiekiem ze wspólnoty. Nie jest mi na rękę, że ktoś widzi, jak wchodzę do kościoła. Pamiętam nawet sytuację, w której szłam ze wspólnotą na ewangelizację i myślałam, czy ktoś znajomy mnie zauważy. Ktoś – w znaczeniu niezwiązany z Kościołem, z Jezusem. Przełamałam obawy i poszłam i doświadczyłam radości apostoła. Sam jednak fakt pojawienia się lęku, świadczy o niedojrzałości. O braku pewności, że Ten, któremu służę, jest ważniejszy, mocniejszy. Jest Panem, jest Miłością.

Tylko, jeśli będę wpatrywać się w oblicze Boga, będę mogła bez lęku iść i nieść Go innym. Zatopiona w Miłosierdziu, nie będę w stanie tego nie robić.

Paweł zarzucił Piotrowi nieautentyczność. Myślę, że to chyba najważniejsze w tym tekście – tylko jeśli żyję tym, co głoszę, przekonam tych, do których idę. A raczej Jezus w moim życiu ich przekona. Tylko wtedy będę autentyczna, tylko wtedy nie będę lękać się opinii mych bliźnich. Nie będę fałszywa, lecz autentyczna.

Zapisane imię

Jezus zapewnia swoich rozentuzjazmowanych uczniów, że najważniejsze jest nie to, że duchy są im posłuszne, nie to, że mogą uzdrawiać, ale to, że ich imiona zapisane są w niebie.
Ten fakt z dzisiejszej Ewangelii stał się początkiem pewnej myśli. „Oto wyryłem cię na obu dłoniach…” Iz 49,16 – mówi Bóg. Moje imię wyryte jest na Jego dłoniach. Jest zapisane w niebie. Zastanawiałam się pierwotnie, od kiedy moje imię zapisane jest w niebie? Czy od momentu podjęcia decyzji, aby pójść za Nim, od chwili, w której zdecydowałam się żyć z Nim i służyć tymi darami, które mocą Ducha Świętego mi ofiarował? Zrozumiałam jednak, że zapisana w niebie jestem od zawsze, od początku, zanim jeszcze pojawiłam się na ziemi. Bóg wiedział, że będę, zapisał mnie. Wyrył na dłoniach. I przeznaczył do głoszenia Dobrej Nowiny. Wyposażył we wszystko, co potrzebne, aby wypełnić to powołanie. Zadziwia mnie, jak On mi zaufał. Jak zaufał każdemu człowiekowi. Ma wyryte na dłoniach imiona wszystkich ludzi. Czeka, aż odpowiemy na Jego wołanie, na miłość, na miłosierdzie i staniemy się świadkami. Jeśli będę patrzeć w Jego twarz, jeśli zanurzę się w Jego miłosierdziu i nieskończonej miłości i będę dzielić się tymi doświadczeniami z innymi, jeśli o tych faktach będzie świadczyć moje życie, Bóg potwierdzi wszystko znakami.
Mam wszystko, moje imię zapisane jest w niebie. To mi często brak odwagi, żeby odszukać się w Bożych dłoniach miłości. A przecież to powinno być najważniejsze – wybrał mnie. Reszta – znaki, „przyjdzie sama”.

Wyjdź za próg…

J.R.R. Tolkien w „Hobbicie” mówi „niebezpiecznie jest wyjść za próg”. Dlaczego? Bo za tym progiem może spotkać cię przygoda. Jeśli masz usposobienie podobne do hobbita, to nie jesteś zwolennikiem przygód. Wolisz wygodną norkę, pełną spiżarnię, fajkę z najlepszym zielem Shire’u i spokój.
Nagle przychodzi taki Gandalf i każe ci wyjść za próg! Każe opuścić wygodny domek, zapomnieć o drugim śniadaniu, o chustce do nosa i wszelkich innych wygodach. A co oferuje w zmian? Nową jakość życia, nowych przyjaciół, możliwość dania wreszcie innym czegoś z siebie i od siebie. I Bilbo poszedł… a później Frodo – aż na Górę Przeznaczenia.
Podobne dylematy przeżywamy zapewne, kiedy staje przed nami Jezus i mówi – pójdź za mną! Prosi przy tym – nie oglądaj się. Tłumaczy, że nie zapewni ci komfortowych warunków, ale jednocześnie ukazuje, że masz być wpatrzony w niego, a niczego ci nie zabraknie. Nie masz się oglądać wstecz, nie masz szukać chustki do nosa, czy fajkowego ziela. Niezależnie co przeszkadza tobie pójść za nim, on mówi, abyś to zostawił.
Myślę sobie, że mi trudno przestać martwić się o dzieci i o nasze życie codzienne. To na to się najczęściej oglądam. Martwię się, że nie zatroszczyłam się wystarczająco o synów. Mam jakieś beznadzieje wyrzuty, że idąc za Jezusem, zostawiam ich. A przecież on tak samo troszczy się o nich jak o mnie. Tak samo chce zapewnić im życie w obfitości. Tak samo jest blisko nich jak mnie.
Hania W. mi to pokazała. Skoro mówię Jezusowi – „troszczysz się Ty” i odnoszę to do siebie, to tak samo mogę, a wręcz powinnam, odnieść te słowa i do dzieci. On troszczy się o nich i o mnie! A mimo tej wiedzy miewam obawy.
Jezus mówi, że mam porzucić wszystko, co mnie zniewala, spojrzeć na niego, pozwolić się prowadzić. On o resztę się zatroszczy.
Gandalf zatroszczył się o Drużynę. Poświęcił siebie, aby mogli uciec przed Barlogiem – symbolem zła/szatana. Umarł dla świata, dla nich, ale odrodził się w nowej postaci, aby na nowo być przy przyjaciołach, by im pomagać, wspierać. Został przez swoją ofiarę oczyszczony. Z Gandalfa Szarego stał się Białym.
Tak jest moim zdaniem, kiedy przyjmuję postawę służby, kiedy jestem wierna Jezusowi, nie oglądam się i służę – wtedy on działa, oczyszcza i przemienia. Czyni szlachetnym i pięknym, gotowym do dalszych zadań. Ja umieram, a on zaczyna żyć we mnie.
Tak trudno się nie oglądać, nie tęsknić za komfortem, nie martwić się o przyszłość… A Jezus wyraźnie mówi – „Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże” Łk 9,60. I nie idzie tu o brak pamięci o moich bliskich, czy że nie mam czynić tego, co względem nich powinnam. Ja mam przede wszystkim głosić królestwo Boże, mam głosić Ewangelię, Dobrą Nowinę o królestwie. Mam patrzeć w Jezusa. Wtedy reszta ułoży się sama, każda sprawa „wskoczy” na swoje miejsce, problemy znajdą rozwiązanie, Jezus zatroszczy się i o bliskich i o mnie i o nasze codzienne potrzeby.
O wiarę proszę. O nadzieję i o miłość – by trwać wiernie i nie puszczać pługa ani na chwilę.

P.S. Pozwolę sobie ten wpis zadedykować mojej młodej przyjaciółce, Annie N., z wdzięcznością – ona wie dlaczego 🙂

https://www.youtube.com/watch?v=jlc7rWVvq2Q

https://www.youtube.com/watch?v=jlc7rWVvq2Q

Tekst ukazał się pierwotnie tutaj