Ostatnio pomyślane

Liturgia obfitowała ostatnio w teksty o miłości i marudzeniu, niezdecydowaniu, o mądrości i o nieposłuszeństwie, o miłosierdziu i o tym, że myśli Boga to nie moje myśli… Jakoś razem mi się poskładało. W jaki sposób? Śpieszę wyjaśnić.

Hymn o miłości jest chyba jednym z najbardziej rozpowszechnionych tekstów biblijnych. I fajnie by było, gdy był to tekst nie tylko znany, ale też rozumiany i stosowany. Doskonale wiem, że moje zachwyty nad niewątpliwym kunsztem poetyckim św. Pawła na niewiele się zdadzą, jeśli nie zrozumiem, o co mu szło z tą miłością. Uczono mnie, że zamiast słowa „miłość” warto wstawiać swoje imię i zrobić taki duchowy rekonesans, jak to ze mną właściwie jest. Zawsze wypadałam blado, co więcej – nadal tak wypadam. Ale… Zrozumiałam w końcu, że tak naprawdę miłość to ciągłe dawanie szansy – sobie samemu i drugiemu człowiekowi. Nie idzie mi tu o sticte damsko – męskie relacje, ale takie zwyczajne – międzyludzkie.

Marudzenie, przekora i niezdecydowanie to niby cechy dzieci. Ale nie tylko, my dorośli często nie jesteśmy ludźmi zdecydowanymi, wiernymi swoim wyborom. Marudzimy Bogu – chcę tego albo tego. Nasze wyobrażenia – moje wyobrażenia – bywają całkowicie rozbieżne od rzeczywistego obrazu Stwórcy. Jezus mówi o sobie: Syn Człowieczy – Bóg w ciele człowieka; z całym „dobrodziejstwem inwentarza” naszego ciała – jadł i pił i został „żarłokiem i pijakiem”. Jan Chrzciciel nie jadł i nie pił i został uznany za opętanego. (Łk 7,31-35). Jakże przewrotną istotą jest człowiek!

Co więcej, sam Jezus potrafił przyczynić się do zasmucenia rodziców. To tylko podkreśla mi jego człowieczeństwo. Zresztą nieposłuszeństwo zostało logicznie przez dwunastolatka wyjaśnione. (Łk 2,41-52). Ja próbowałam wyobrazić sobie, co bym czuła, gdyby któryś z moich synów zginął i co bym powiedziała, gdyby się odnalazł. Na pewno nie poprzestałabym na pytaniu Maryi: „Synu, czemuś nam to uczynił?”. Zdań wypowiedzianych z prędkością światła byłoby znacznie więcej… I zapewne nie byłoby w nich tyle spokoju. Maryja kolejny raz mnie zadziwiła.

Wczoraj była pora zasiewu (ŁK 8,4-15). I odwieczne dla mnie pytanie – jaką jestem glebą? Obumierającą, mówiąc najoględniej. Zmagającą się ze sobą. Ziarno obumiera, zanim wyda plon. Jest dla mnie chyba nadzieja.

Nie umiem w pełni kochać, nie umiem z miłością i cierpliwością patrzeć na zdarzenia mojego życia. Ciągle pytam, ciągle dociekam, chcę wiedzieć, rozumieć, widzieć działanie. Chcę też umrzeć i zmartwychwstać. I dosłownie i w przenośni.

Gospodarz znalazł mnie dość szybko, mam chyba jeszcze trochę czasu i na obumieranie i na wydawanie plonu. Chciałabym pamiętać w tym czasie, który jest mi jeszcze dany, że nie muszę wszystkiego rozumieć, że nie muszę widzieć sprawiedliwości, której się spodziewam, że nie muszę być doskonała, choć mam się doskonalić. Oby mi wystarczyło pokory, obym nie porównywała się z innymi. Umieć cieszyć się z nawrócenia i powołania innych, bez zazdrości i poczucia niesprawiedliwości – oto „coś”, co teraz mnie przerasta.

Proszę nieustannie, aby myśli moje stały się myślami Bożymi i drogi moje – Jego drogami. Obierając Go za swego Pana i Zbawiciela, mogę być pewna, że On postawił mnie na właściwej ścieżce, to ja z niej schodzę – za każdym razem, kiedy odwracam wzrok od źródła mądrości i miłości, kiedy nie patrzę z Jego perspektywy na świat, siebie i ludzi.

Podstawą wszystkiego jest miłość. Więc o miłość proszę. Choć i o mądrość i o siły, by tej miłości nie zatracić i nie zmarnować też.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *