Dobre imię

I znów się pojawiasz, Maryjo. Dziś wspomnienie Twego Imienia. Takie Twoje imieniny. Czy dbałaś o swoje dobre imię, czy zabiegałaś o względy ludzi, aby dobrze o Tobie mówili? Nie sądzę. Gdyby tak było, nie zgodziłabyś się zostać matką Jezusa. Bałabyś się, „co powiedzą”. Ciąża jest, z mężem nie mieszka itd. itp. Ważniejsze było dla Ciebie wypełnienie prośby, pragnienia Boga. Zgodziłaś się Mu pomóc! Dzięki Tobie przyszło na świat Słowo Wcielone, mój Zbawiciel. Tak, właśnie tak to widzę.

Kiedy Jezus czegoś ode mnie oczekuje, kiedy coś mi proponuje, to pyta mnie niejako o zgodę. Nie zmusza  mnie, nie zabiera mi wolnej woli. Co więcej – czeka na moją decyzję, a podjęcie pozytywnej jest jednoznaczne z podjęciem współpracy i pomocą Najwyższemu. Współpraca zobowiązuje do lojalności. Myślę, że o tym też mówi dzisiaj św. Paweł. „Świadom jestem ciążącego na mnie obowiązku. Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii.” (1Kor 9,16). Paweł zawarł z Bogiem „umowę”. Uwierzył w Niego, zaczął Mu służyć, czego konsekwencją jest głoszenie Ewangelii. Dalej mówi, że umie być wszystkim dla wszystkich, a to znaczy, że łamie schematy, że dostosowuje przekaz do odbiorcy, że znajduje kanały, by do niego dotrzeć. Tak sobie myślę, że często nie chce mi się szukać sposobów, nowych przykładów do głoszenia. Nie chce mi się korzystać z podszeptów Ducha Świętego. Jest tak częściowo z czystego lenistwa, a częściowo z obawy przed wysiłkiem i zmianami. Ja nie lubię zmian…

Powrócę do Ciebie Maryjo – Ty zgodziłaś się na zmiany. Bardzo radykalne, wywracające Twoje życie i dobre imię do góry nogami… Myślę, że Paweł zrobił podobnie. Decyzja pójścia za Jezusem była odwróceniem całego jego systemu wartości i życia. Też musiał przestać dbać o swoje dobre imię…

Dzisiejsza Ewangelia mówi o obłudzie. I ją można, myślę, zestawić z wcześniejszymi moimi rozmyślaniami. Maryja nie była obłudna, ani względem Boga, ani ludzi (szczególnie Józefa), ani siebie samej. Zrobiła krok wiary. Wiernie wypełniała swoją obietnicę – „Oto ja służebnica, Pańska…” Nie chlubiła się, nie dawała do zrozumienia, że jest kimś lepszym, bardziej wybranym, bardziej czystym i kochanym. Myślę, że miała świadomość swej niedoskonałości – widziała belkę w swoim oku. Paweł też ją widział, co prawda nazywał ją „ościeniem” (por. 2Kor 12,7), ale to na jedno wychodzi. Widział ów raniący go grzech i dlatego nie chlubił się, nie popadał w pychę. Głosił Ewangelię, stał się jej sługą i rozdawcą. Wykonywał swoją pracę. tak jak Maryja swoją.

Jezus dzisiaj wzywa do stanięcia w prawdzie. Jest to jedna z trudniejszych dla mnie nauk. Zaakceptowanie prawdy o sobie niesie poważne konsekwencje. Jeśli zaakceptuję ją, zmienię patrzenie na drugiego człowieka. Zobaczę w nim Jezusa, zobaczę dobro obok zła, szlachetność obok zdrady, miłość obok nienawiści. Zobaczę wszystko, co widzę w sobie. I już nie będę tak „fajna”, będę prawdziwa. I on też.

U mnie, jak zwykle, jest ta zmiana procesem. Jedno moje „tak” powiedziane Bogu, nie przewróciło raptownie do góry nogami mojego życia. Ale Jezus, a teraz widzę, że i Jego Matka, pomagają mi widzieć belki, widzieć piękno i dobro swoje i innych. I mimo buntu, nie zrażają się. Cierpliwie czekają, aż mi minie i dalej uczą miłosierdzia.

I wtedy, patrząc przemienionymi oczami Miłosierdzia, ujrzę, że każdy ma dobre imię – dobre, bo żyje w nim Bóg, nawet jeśli on sam o tym wiedzieć nie będzie.

O tym wiedział Jezus i wiedziała Maryja – teraz wiemy i my. Dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *