Słowo i jego moc

Czasownik to z łaciny verbum, czyli słowo. Dlaczego? Ponieważ słowo ma moc sprawczą, zakłada działanie – jak czasownik wskazujący czynności i stany. Kiedy mówię „chodź”, zakładam, że osoba do której kieruję polecenie, zareaguje. Czasownik pełni w zdaniu funkcję orzeczenia, a więc wskazuje na czynność podmiotu, na jego ruch, gest, wypowiedź. Dobrze, dość polonistycznych dyrdymałów…. 😉

Piszę o tym, bo w Biblii niejednokrotnie jest mowa o Słowie i jego mocy.

Jezus przez słowa z księgi Izajasza (Duch Pański spoczywa na mnie, ponieważ mnie namaścił i posłał mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok łaski od Pana – Łk 4,18-19) objawił, kim jest, jakie jest jego posłannictwo. Apostoł Paweł tłumaczy w 1Kor, że słowa głoszenia są dane przez Boga; że on jest tylko narzędziem, że poddaje się mocy Ducha, aby głosić Jezusa, nie siebie. Słowo działa, ożywia, uzdrawia, wyrzuca złe duchy. SŁOWO. Będąc objawieniem Boga, wystarcza za całą mądrość, za argumenty, które wymyśliłby człowiek sobie sam. Duch Św. poddaje pomysły, wykorzystując wiedzę albo i niewiedzę głoszącego – zawsze, aby objawić chwałę Bożą, a nie chwałę apostoła. Duch Św. po to jest dany, aby działał w głoszącym i w tym, któremu się głosi – ku uwielbieniu Stwórcy. Jeśli jest inaczej – głoszę siebie nie Jezusa.

A co ja robię ze słowem? Jak je wykorzystuję? Błogosławię czy przeklinam? Osądzam czy pocieszam? Mój język jest chyba tą częścią ciała, której powinnam się pozbyć, by wejść do Królestwa Bożego. Jest niejednokrotnie przyczyną mojego grzechu. Są sytuacje, kiedy paplę bez sensu i składu. Zapycham siebie i innych słowami, które niczego dobrego nie budują. Marudzę i złorzeczę. I bardzo często nie wierzę, że Słowo Jezusa ma moc.

Od kilku dni Jezus przekonuje mnie – w czytaniach i Ewangeliach, że moim posłannictwem jest głoszenie Dobrej Nowiny (jakkolwiek – nie tylko słowem, przede wszystkim życiem). Do tego samego powołuje każdego, Ciebie także – My bowiem jesteśmy pomocnikami Boga… por. 1Kor 3,9a. Jego Słowo ma moc przemiany serc, życia, uzdrowienia, uwolnienia. Kolejne fragmenty z Łukasza tylko to potwierdzają. Tylko zaufać…

Jest jeszcze pewien szczegół. Jezus po „pracy” udaje się w miejsce pustynne. W odosobnienie. Spotyka się z Ojcem. Nabiera sił, by iść dalej. Następnie mówi do tłumów, że nie tylko w Kafarnaum ma głosić Dobrą Nowinę, że musi iść do kolejnych miejsc. (Łk 4,42-44)

Jezus głosi, odpoczywa w obecności Ojca i idzie dalej przepowiadać Słowo i nawet jeśli ktoś wygraża mu, on przechodzi obok, zostawia, oddala się i nie przejmuje, co będą „gadać”. (por. Łk 4, 16-30) I choć mój proces „zanurzania się” w Słowo trwa, wiem, że nie potrafię jeszcze przejść obok tych, którzy wymachują rękami i wygrażają, zostawiając ich samym sobie z tym, co usłyszeli. Za wiele się przejmuję.

Tak sobie myślę, że sednem przepowiadania, czy świadectwa, jest bardzo osobiste obcowanie w „miejscu pustynnym” z Tym, który jest źródłem Słowa. Bóg sam nim jest. Kiedy poznam Słowo, nabiorę do niego zaufania, będę je głosić, a Ono samo zrodzi owoce – ja pozostanę pomocnikiem i narzędziem i przestanie się liczyć, co o mnie mówią, czy jak reagują. Przejdę obok i oddalę się  – ku kolejnemu zadaniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *