Dzienne archiwum: 15 sierpnia 2014

Szukanie miejsca

Niby powinnam już wiedzieć od dawna, gdzie jest moje miejsce. Niby powinnam wiedzieć, co robić w życiu, czym się zajmować, gdzie pracować. Niby powinnam… No i niby wiem… Pracuję i bardzo lubię moją pracę, kontakt z tymi, którzy dani mi są na krotki czas. Zawsze chciałam uczyć i robię to, najczęściej z ochotą, rzadziej z niecierpliwością. Są jednak dni, kiedy mam dosyć instytucji, atmosfery, opieszałości (zarówno „władzy” jak i uczniów), dziwnych dla mnie zarządzeń, poganiania mnie, tworzenia ton papierów, które mają udowodnić, że pracuję. A przecież pracuję! Czasami bardzo ciężko, wkładając w to całe serce. Nie mam spektakularnych efektów, niestety – mój przedmiot nie cieszy się szczególną popularnością 😉 Kiedy jednak uda mi się rozpalić w kimś zainteresowanie, kiedy „zarażę” go pasją, wtedy zaliczam ten fakt do swoich największych sukcesów – mimo że niezauważalnych na forum. Pragnę uczyć, ale czy na pewno w tym miejscu już na zawsze?

Skąd we mnie w ogóle takie wątpliwości? Jestem prawdopodobnie takim trochę „niespokojnym duchem”. Przeprowadzałam się chyba z 14 razy i to wcale nie dlatego, że tak bardzo to lubię, z konieczności raczej. Nie mam już rodzinnego domu – miejsca-źródła. Trochę tak jakby mi ktoś podciął korzenie. (Częściowo sama je podcięłam, ale o szczegółach może kiedy indziej). Dom, który miał być nowym rodzinnym gniazdem, dla mnie już nim nie jest. Nie mam swojego domu. Miejsce, w którym mieszkam i za które Bogu co dzień dziękuję, nie należy do mnie. Stworzyłam oczywiście tu azyl dla dzieci i dla siebie, ale na jak długo?

Od kilku lat zadaję sobie pytanie – co dalej? Wykonuję kolejne kroki. I znów to samo pytanie. Nie stoję w miejscu, to chyba dobrze 🙂 „Wędrówką życie jest człowieka…” jak rzekł Stachura. Zawędrowałam aż tutaj. Piszę i to jest jeden z kroków, które zrobiłam. Odpowiedziałam na wezwanie serca, na pragnienie, które w nim się narodziło.

Jeśli idzie o pracę – będę na razie robić to, co robię, najlepiej jak potrafię, mimo obaw, które nieustannie od pewnego czasu mi towarzyszą. Chyba, że wystarczy mi odwagi i pewności, że mam to zmienić. Co do mieszkania, najbliższe miesiące, może pół roku, może rok pokażą, co dalej.

Patrzę dziś na to wszystko i myślę o Maryi. Obserwuję ją, zastanawiam się, jak ona sobie radziła? Gdzie było jej miejsce? W sercu Boga. Teoretycznie tam, gdzie jest i moje. Jednak ona bezgranicznie zaufała, a ja nie potrafię. Ufam, ale nie ufam. Wątpliwości mną targają. Maryja umiała chyba patrzeć z perspektywy Boga; na wszystko, co ją spotykało, na Jezusa, na ludzi, na to, gdzie ma mieszkać i czym się zajmować. Ja próbuję. I asekuruję się. Tylko po co? Zostanę z tymi wątpliwościami.

Pociesza mnie, że coraz bliższe stają mi się słowa Maryi; Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim… Wierzę, że mój Magnificat wybrzmi kiedyś równie mocno, ufnie i serdecznie jak jej… Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny… obym je w porę zauważyła 🙂