Śmierć w życiu i nadzieja

Dzisiaj jest kolejna rocznica śmierci mojego ojca. Nastroiło mnie to refleksyjnie, porozmyślałam sobie o przemijaniu, umieraniu.

Kiedy, dawno temu, przeżywałam seminaria Odnowy przygotowujące do wylania Ducha Świętego, uderzyła mnie jedna z początkowych katechez – o sensie życia. Otóż dowiedziałam się, a raczej uświadomiono mi, że aby nadać sens swojemu życiu, muszę przyjąć moje życie i moją śmierć. Znaczy to tyle, że mam znać początek i koniec swojego życia, przyjąć je, wziąć je w garść i przeżyć odpowiedzialnie. Tak czynił to Jezus. Miłość i miłosierdzie do samego końca.

Umieram co dnia – nie tylko w sensie fizycznym, także duchowym. Umiera moje ciało, moje komórki, ale umieram też wyrzekając się zła, grzechu – umieram, lecz jednocześnie zaczynam żyć. Kończy się moje życie, zaczyna życie Boga we mnie. Sama śmierć, ta na końcu życia, będzie rzeczywiście „tylko” przejściem w nowe życie. Nie zostanie ze mnie nic doczesnego, nic mojego, tylko Życie, którym jest Jezus (J14,6).

Kiedy uświadomiłam sobie tę prawdę o akceptacji śmierci i życia, łatwiej mi przyjmować zjawisko odejścia kolejnych osób z mojego otoczenia i rodziny. To nie tak, że nigdy nie płaczę, czy nigdy nie jest mi żal. Jest, niekiedy bardzo. Kiedy odchodzili moi rodzice, doświadczałam czegoś, co nazwałam śmiercią kawałka siebie. Jak umarł ojciec, stwierdziłam, że czuję się, jakby umarła część mnie. Tak samo było, kiedy odeszła mama. Ale mam w sobie zgodę na śmierć, mino czysto ludzkiego cierpienia. Nie rozumiem często, dlaczego ktoś umiera teraz a nie za np. 10 lat. Wiem, że nic mi do tego. Mnie pozostaje nadzieja na zmartwychwstanie.

Pokazała mi też ten fakt dzisiejsza ewangelia (Mt 17,22-27). Jezus mówi uczniom, że ludzie go pojmają i zabiją, ale… trzeciego dnia zmartwychwstanie! Uczniowie poprzestają na smutku. Tak jakby słyszeli tylko o śmierci, a nie zwrócili uwagi na fakt, że śmierć to nie koniec. Jezus daje im nadzieję, że powstanie z martwych, powróci, by żyć. Jak zauważył to ksiądz Maciej Ch. w dzisiejszym kazaniu, my sami często poprzestajemy na śmierci, załamaniu, traceniu nadziei, a Jezus zapewnia, że jest silniejszy niż śmierć, niż cierpienie, niż problemy doczesne – choćby jak ten z pieniędzmi na podatek.

Przemijania nie uniknę, śmierci i problemów też nie. Jedyne, co mogę uczynić, to mieć nadzieję, że Jezus zwycięża każdego dnia, każdej chwili wszelkie rodzaje śmierci, po to abym ja mogła żyć w wolności dziecka Bożego.

Niegasnącej nadziei… bo „nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego…” (Rz 5,5).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *