Dzienne archiwum: 6 sierpnia 2014

Marta, Maria, przemienienie

Siostry Łazarza z Betanii – Marta i Maria. Maria zasłuchana, Marta zabiegana. Podczas rozmowy z Anią W. wyraźnie zobaczyłam, że bliżej mi do Marty, niż Marii. Marta troszczy się o wiele, ale to ona wybiega na spotkanie Jezusa, kiedy Łazarz umiera, ona ostrzega Go: „już cuchnie”, ona szykuje posiłek, podaje i usługuje zgromadzonym w jej domu. Maria siedzi u stóp Jezusa (w Ewangelii Jana jest wyjaśnienie, że to ona właśnie namaściła mu je kiedyś olejkiem).

Mamy opisane dwie wizyty Jezusa w ich domu. Kiedy wskrzesza Łazarza (J 11,1-44) i kiedy przybywa w odwiedziny (Łk 10,38-42). Jezus lubi dom w Betanii, przyjaźni się z rodzeństwem. Czuje się z nimi związany. Kiedy Łazarz umiera, On płacze i wskrzesza go. Myślę, że Marta zdawała sobie sprawę z „korzyści”, jakie daje znajomość z Jezusem. Nie, ona nie była w tym interesowna. Wyznaje, że wierzy w Jego mesjańskie powołanie. Sądzę, że wiedziała, że bycie z Nim jest „opłacalne” dla duszy. Kochała, troszczyła się o Niego i Jego uczniów. Chciała, aby byli, jako jej goście, zadowoleni…. Miała poczucie obowiązku. Myślę, że chciała się Jemu przypodobać. Tak jak często i ja próbuję.

Maria zostawiła wszystko i wszystkich. Kiedy Jezus wszedł do domu, ona siadła przy Nim. Zasłuchana, zapatrzona. Widziała tylko Jego. Marta się wściekała. Rozumiem ją doskonale. Też bym się wściekała, utyskiwała, marudziła pod nosem albo i głośno. No bo co ona sobie myśli, ja wszystko a ona nic?! Też bym pewnie tak do Jezusa podeszła i pomarudziła, poskarżyła na siostrę.

Jezus mnie zadziwia w tym fragmencie. Mówi do Marty, że troszczy się o wiele, a potrzeba mało albo jednego. Nie czyni jej wyrzutów, że Go nie słuchała jak siostra, że teraz marudzi. Ja w tym widzę ogromną wolność i współczucie. „Marto Marto…”. Jezus widzi jej starania, docenia, ale zwraca uwagę, żeby „wyluzowała”. Jak to Ania W. stwierdziła, gdyby Marta usiadła tak jak i Maria, gdyby obie trwały w zasłuchaniu, może goście byliby chwilę dłużej głodni, może musieliby poczekać na posiłek, ale przecież każdy w końcu by coś chwycił w rękę i też by się najedli… Idealne byłoby połączenie Marty i Marii. Wiem, że to nie jest odkrywcze, ale potrzebuję tego faktu do dalszych rozważań.

Dzisiaj jest święto Przemienienia Pańskiego. Jezus wyprowadza uczniów na górę Tabor. Wysoko, oddzielnie, na czuwanie. Na modlitwę. To miejsce przemiany, ale jednocześnie objawienie prawdy o Bożej miłości. „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie” (Mt 17,5b). Te słowa są do mnie i do Ciebie skierowane. Mówi Bóg, że jestem/jesteś Jego umiłowanym dzieckiem. Skoro jestem kochanym dzieckiem Stwórcy tego świata, to czas bym w tę miłość weszła, bym w niej się zatopiła. Wiecie do czego doszłam? Że kiedy wreszcie pozwolę Bogu siebie kochać, kiedy wreszcie zacznę sama na tę miłość odpowiadać, wówczas przyjmę postawę Marii – zasłuchanej, zapatrzonej w kochające oblicze. Zapatrzona w Niego, będę widziała z Jego perspektywy to, co konieczne do zrobienia, bez stresu i pośpiechu, bez chęci przypodobania się; wejdę w postawę Marty – by służyć. Jeśli, patrząc kochającymi oczami Boga, będę służyła, wtedy zbliżę się do postawy Jezusa. I to będzie moje przemienienie. Uczniowie widzieli, że Jezus jaśniał blaskiem miłości Boga. Jeśli będę wpatrzona w Jego oblicze, wtedy i ja będę Nią jaśnieć – na świadectwo Jego działania.

Pozwolę sobie jeszcze zacytować słowa ojca Grzegorza Kramera z jego bloga (https://kramer.blog.deon.pl/). Zrozumiałam, jak mogę wykorzystać moje rozproszenia, o których tu kiedyś pisałam i czego mogą być przyczyną – bardzo pozytywną:

„Często jest tak, że ludzie mówią: „nie potrafię się modlić, moja modlitwa jest kiepska, bo myśli uciekają, bo rozproszenia, bo zamiast o Panu Jezusie, to ja myślę o obiedzie, mężu, żonie”. Mówimy w ten sposób, bo często myślimy o modlitwie jak właśnie o spotkaniu na górze przemienienia, że wszystko tam było takie inne, niecodzienne, wręcz magiczne. Tymczasem nasza modlitwa, to nic innego jak dopuszczanie Boga do naszej codzienności, właśnie do tych garnków, niedokończonego obiadu, do żony, która ma problem, do tysiąca spraw, które się nam objawiają, kiedy my próbujemy się skupić. Przemienienie na modlitwie nie polega na jakimś magicznym, cudownym oderwaniu się od ziemi, ale na pozwolenie Bogu wejść w naszą codzienność. Na przemianie naszej codzienności.”