Miesięczne archiwum: Sierpień 2014

Uwiódł, ujarzmił i przemógł…

Uwiodłeś mnie, Panie, a ja dałem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś Jr 20,7.

Wiele lat temu dałam się uwieść Bogu. Oddałam Mu swoje serce. Doświadczenie Jego miłości, potęgi, opieki, łaski było tak ogromne, że powiedziałam „tak”. Niejednokrotnie Boży Duch mnie prowadził, umacniał, obdarowywał darami, bym służyła.

Moja droga z Panem Bogiem jest wyboista, pełna zakrętów, wyrw, ślepych uliczek. Bynajmniej z Jego powodu… Zdarzało mi się (i zdarza – nawrócenie to proces…) pobłądzić, źle „zaparkować”, odwrócić się tyłem do Światła i Miłości, wybrać swoją opcję i ją realizować, głosić siebie pod płaszczykiem głoszenia Jezusa. Żeby zdobyć czyjąś uwagę, zabłysnąć, poczuć się dowartościowaną.

Moje życiowe wybory spowodowały w pewnym momencie, że Bóg nie tyle przestał dla mnie istnieć, co ja żyłam w opozycji do Niego. Tęskniłam za naszą bliskością, osobistą relacją, za Jego miłością. Narzuciłam sobie ograniczenia, które nie pozwalały mi doświadczać troski i miłości. Bóg jednak upominał się o mnie, upominał się o to, co mi ofiarował, o dary Ducha Św. Upominał się o swoje umiłowane dziecko. I wygrał. Tak jak z Jeremiaszem. Prorok walczył i ja wałczyłam. Chciałam po swojemu, myślałam, że dobrze. Owoce jednak były gorzkie. Jeremiasz wiedział, że ma głosić słowo Boga, nawet kosztem bycia wyśmianym i odrzuconym. I ja to zrozumiałam. Bóg mnie ujarzmia i „jest potężny w mocy swej”… Przemaga mnie każdego dnia i każdej chwili. Przypomina, że należę do Niego. Nie czuję się zniewolona Nim, przeciwnie – ta relacja daje mi wolność. Stanięcie w prawdzie przed Ojcem, powoduje, że nie muszę udawać. Świadomość, że On mnie kocha taką, jaką jestem, z każdym grzechem, słabością, daje ulgę w sercu. I rodzi radość, że tak niedoskonałego narzędzia chce używać do swoich dzieł.

W kontekście wczorajszej i dzisiejszej Ewangelii (por. Mt 25,14-30 i Mt 16,21-27) nasunęła mi się jeszcze jedna myśl. Krzyżem dla człowieka mogą być jego talenty, dary, którymi został obdarowany. Zgoda na nie może stać się powodem prześladowania i wyśmiania. Może spowodować odosobnienie obdarowanego i niezrozumienie wśród ludzi. Ale… jak mówi Mateusz „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby świat cały zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?…” Mt 16,26.

Cóż mi po tym, że świat mnie pokocha, jeśli moja dusza będzie w ciemności? Na krótko może fascynować, ale w perspektywie wieczności – nie dziwię się Jeremiaszowi, że pozostał wierny swemu powołaniu. Cierpiał, ale widział sens i nie stracił duszy…

Zatrzymaj się, spójrz w swoją duszę, spójrz na to, co dał Ci Bóg.

„Nie bierzcie więc wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe” Rz 12,2.

Tarcza

Jak się czujesz, jeśli zewsząd spadają na Ciebie razy? W dodatku niezasłużone albo nieadekwatne do tego co zrobiłeś? Ja czuję się fatalnie. Bywa, że smutek przygniata mnie niemal do ziemi. Poczucie niesprawiedliwości przesłania mi wszystko co dobre, oddala od Boga i Jego miłości. Sprawia, że pogrążam się w lęku i złym myśleniu o sobie. Nie lada wysiłkiem jest dla mnie odwrócenie wzroku od swego nieszczęścia i skierowanie go na Boga.

Widzę, że często zbyt dużo czasu poświęcam na analizowanie, dociekanie i rozpamiętywanie. Powiedział mi ktoś coś krzywdzącego? Zrobił mi krzywdę? Wyraził się niesprawiedliwie i niepochlebnie? Tak naprawdę ma prawo. To, co mówi drugi człowiek, nie jest do końca zależne ode mnie. Widzi po swojemu, czuje po swojemu, odbiera mnie po swojemu. Jeśli nie ma w nim empatii lub zwyczajnie – miłości bliźniego – będzie ranić. Ja przecież też ranię…

Przekonałam się, że najlepszą metodą na odejście od swego bólu, jest skierowanie wzroku na Boga. Próba spojrzenia z Jego perspektywy na wszystko, co mi się przytrafia. Błogosławienie temu, który mi złorzeczy, modlitwa i przede wszystkim dziękczynienie. Kiedy dziękuję, odwracam się od siebie i patrzę na Boga. Na Ojca, Syna i Ducha Świętego. (W każdym położeniu dziękujcie… 1Tes 5,18)

Przebaczam w swym sercu – nieważne, że 1000 razy tej samej osobie. Przebaczam, błogosławię i zostawiam. W moim przypadku jest to trudne, bo jak kura rozgrzebuję po 1000 razy, rozmyślam i wpadam w pułapkę lęku i poczucia krzywdy.

Chcę żyć w wolności, a wolność zapewnia mi tylko Bóg, tylko tarcza jaką pozostaje Jego blask, pieczęć miłości, którą na mnie zostawił i moje: wiara i dziękczynienie – za życie, synów, pracę, rodzinę, przyjaciół, kolejny dzień, słońce, dobro którego doświadczam, wygodne łóżko, jedzenie i całe bogactwo otaczającego mnie świata. I za tych, którzy mnie krzywdzą – za nich też uczę się dziękować, bo właśnie doświadczenia będące konsekwencją ich zaistnienia w moim życiu, sprawiły, że jestem w tym miejscu swojego życia, z takimi a nie innymi doświadczeniami. (por. Ef 6,16)

Jak Monika, Augustyn i Jan Chrzciciel pragnę spoglądać w twarz Jezusa, mówić mu wytrwale – „dziękuję” i wierzyć, że moja modlitwa ma sens, moje przekonania są osadzone na Prawdzie i niestraszny mi mój osobisty Herod.

Tarcza musi być z dobrego materiału, więc wykuwanie jej zajmie mi pewnie resztę życia, ale na końcu czeka mnie nagroda – życie wieczne 🙂 Amen 🙂

Kim dla mnie jesteś?

Poznanie dostaje wybrany. Nie inaczej było z Piotrem. Na pytanie Jezusa „za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?”, odpowiada „Ty jesteś Mesjaszem, Synem Boga żywego” (por. Mt 16,13-20). Gdyby Duch Św. nie objawił tego apostołowi, nie mógłby wyznać owej prawdy. Jezus daje Piotrowi ogromną odpowiedzialność. Czyni go skałą, opoką, na której zbuduje swój Kościół.

Ale nie do końca to jest tematem moich rozważań.

Miedzy Piotrem i Jezusem niewątpliwie była głęboka więź. Nauczyciel i uczeń. Mistrz i czeladnik uczący się fachu. Jezus jest fundamentem wiary, nawrócenia apostołów. Jeden z nich – Piotr staje się opoką Kościoła Świętego. Myślę, że to dzięki tej więzi, osobistej relacji między wymienionymi możliwe było tak głębokie poznanie prawdy o Jezusie i zbudowanie Kościoła.

O każdą relację trzeba dbać. Jezus chodzi z apostołami, dba o nich, interesuje się nimi, traktuje każdego indywidualnie, mówi „pójdź za mną” – używa liczby pojedynczej. Jego miłość jest jednoznaczna, ukierunkowana na konkretną osobę. Zadaje pytanie każdemu apostołowi i dostaje różne odpowiedzi, tylko Piotr udziela wyczerpującej i prawdziwej. To zadanie pytania świadczy, że dla Jezusa liczy się, co myślą inni. Jest z nimi cały czas, ale nie przestaje się interesować, nie zakłada, że wszystko już wie. Dba o swoich najbliższych. Jest ich ciekawy.

Jak jest ze mną w różnych relacjach? Czy umiem okazać zainteresowanie tym, którzy są dla mnie ważni, czy daję im znać, że ich cenię, kocham? No nie zawsze – przyznać muszę. Skupiając się na sobie, zapominam, że w każdej więzi potrzebne jest okazywanie zainteresowania, spędzanie razem czasu, telefon, sms, uśmiech czy przytulenie. Wygrywa lenistwo. Czasami obracam to w obawę, że będę się narzucać, dlatego odpuszczam. Ale czy słusznie? Jak we wszystkim, tak i tutaj, potrzebny jest umiar, wyczucie. Ale kiedy patrzę na Jezusa, widzę, że chce znać zdanie swoich towarzyszy i nie myśli, jak zostanie odebrany, interesuje go prawda.

Jest jeszcze jedna sprawa. Pytanie. „Za kogo mnie uważasz?”. Ono jest niebezpieczne – zakłada, że poznam prawdę o sobie, a ona może nie być miła. Czy mam odwagę je zadać? Rzadko. Choć doświadczyłam nie raz i nie dwa wyzwalającej mocy prawdy, pycha niejednokrotnie blokuje mnie na nią.

Muszę uświadamiać sobie nieustannie, kim jest dla mnie Jezus i drugi, bliski mi człowiek. Żeby mi nie spowszednieli, żebym nie zapominała, że oni są, że jesteśmy sobie bardzo potrzebni – właśnie po to żeby doświadczyć PRAWDY, jej poznania i wyzwolenia (por. J 8,32 i Gal 5,1).

Powodzenia i odwagi … 🙂

Miłosierdzie w praktyce

Myślę sobie o miłosierdziu i o tym, jak uparcie nie umiem go przyjmować. Wiem, że to pycha – grzech pierwszy z siedmiu. Jak to właściwie jest? Jezus przecież już umarł i zmartwychwstał, „skreślił dłużny list”. Nie ma powodu, dla którego ja miałabym sama umierać na krzyżu. On już to wykonał! Dlaczego zatem uparcie chcę coś zrobić, zasłużyć na miłosierdzie, na zbawienie i powiedzieć: „zobacz, udało mi się, fajna jestem!”. Przecież Bogu nie o to chodzi. On czeka z otwartymi ramionami, ciągle, nieustannie i mówi – ukochałem cię odwieczną miłością, nie bój się, wezwałem cię po imieniu, jesteś mój! (por. Jr 31,3, Iz 43,1). Zrobił już wszystko. Skąd w człowieku ten lęk przed przyjmowaniem miłości, miłosierdzia, dobra? Wszystko niby wiem, a nic nie wiem :/ Hamuje mnie grzech. I myślenie, że jeśli coś dobrego uczynię, to dostanę więcej, będę lepsza i bardziej przygotowana na spotkanie z Panem.

Zupełnie jak w dzisiejszej Ewangelii (Mt, 20,1-16a). Każdy robotnik umówił się na jednego denara. Niezależnie od której godziny zaczęli pracę, równo ją skończyli i dostali taką samą zapłatę. Zbawienie. Nieważne jak bardzo będę się starać, dostanę tyle samo, co ten, który nie stara się zasługiwać, lecz z wdzięcznością i radością przyjmuje to, co jemu, jako dziecku Bożemu, się należy.

Miłosierdzie w praktyce, to nieustanne dawanie szansy – moim bliźnim i sobie samej. Może przede wszystkim sobie samej.

Nie zadręczaj się, nie wypominaj swoich grzechów, nie rozpamiętuj, że coś się wydarzyło „tak a nie siak”. Wybaczaj. Wybaczaj. Wybaczaj.

Ania W. wczoraj uświadomiła mi jeszcze jedno – kiedy miłosierny Ojciec wybiegł na spotkanie marnotrawnego syna, nie zadał mu żadnego pytania, nie wypomniał mu żadnej winy. Przytulił, nakarmił, dał pierścień. Spróbuj tak potraktować swoich bliźnich i siebie 🙂 Ja próbuję…

Moje bogactwa

Mój czas, moje dzieci, moja praca, moje pieniądze, mój porządek, moje sprzątanie i pewnie wiele innych „mój, moje”… To wszystko jest moim bogactwem a jednocześnie i moją biedą. Przywiązaniem, które powstrzymuje od pójścia krok dalej; zniewoleniem niedającym Bogu szansy. Bo ja, wpatrzona we wszystkie odmiany „mojego”, nie widzę nic poza, nie dostrzegam wyciągniętej ręki chcącej mnie podtrzymać, kiedy już tonę przywalona „moimi”. Chcę swojego człowieczeństwa, nie czekam, aż się go wyzbędę, ale ono samo może mnie zabić. Potrzebuję w tym „moim” mądrości Stwórcy, Jego miłości i miłosierdzia, bo inaczej bałagan będzie…

Podczas dzisiejszej rozmowy z Anią W. zrozumiałam, że nawet błahostki, do których jestem przywiązana, mogą być bogactwem młodzieńca z Ewangelii – moim bogactwem. Zrozumiałam, że dzisiejsze wydarzenia (a dzień nie należał do spokojnych, bo miałam kilka „ważnych spraw” do załatwienia) i moje reakcje na nie, były wynikiem zapatrzenia w siebie. Obawą o siebie. Niepotrzebne łzy, stres, ból głowy i w klatce. Dobrze, że pomyślałam (dzięki za Ducha Św.!), żeby iść przed Najświętszy Sakrament. Powierzyłam Jezusowi swoje kolejne kroki, bo chwilę wcześniej zdążyłam porządnie się zdenerwować. On rozwiązał to, co było dla mnie w tamtej chwili nierozwiązalne i wskazał, co najpierw mam załatwić, a następnie odwiedzić Anię W. Posłuchałam tym razem. Kiedy oddałam Mu „bogactwo” samodzielnego załatwiania i przede wszystkim zamartwiania się, On dał mi dobrych ludzi, którzy pomogli i uspokoili mnie, podobnie zadanie miała Ania – uspokoiła moje obawy.

Moim bogactwem (i biedą) jest też pycha. Wiem, że dzisiejsze zdarzenia miały mi ją pokazać. Bo gdybym wszystko załatwiła sama… Nie ma sensu wątku ciągnąć, bo chyba koniec jest jasny…

Kiedy tak nad tymi „moimi” rozmyślam, przypominam sobie wiersz Tadeusza Różewicza „List do ludożerców”:

Kochani ludożercy
nie patrzcie wilkiem
na człowieka
który pyta o wolne miejsce
w przedziale kolejowym

zrozumcie
inni ludzie też mają
dwie nogi i siedzenie

kochani ludożercy
poczekajcie chwilę
nie depczcie słabszych
nie zgrzytajcie zębami

zrozumcie
ludzi jest dużo będzie jeszcze
więcej więc posuńcie się trochę
ustąpcie
kochani ludożercy
nie wykupujcie wszystkich
świec sznurowadeł i makaronu
nie mówcie odwróceni tyłem:
ja mnie mój moje
mój żołądek mój włos
mój odcisk moje spodnie
moja żona moje dzieci
moje zdanie

Kochani ludożercy
Nie zjadajmy się Dobrze
bo nie zmartwychwstaniemy
Naprawdę

cytat za: https://www.wiersze.annet.pl/w,,13886

Spojrzeć poza moje bogactwo i moją biedę i zobaczyć Tego, dzięki któremu to wszystko mam…

Chcę zmartwychwstać 🙂

Szukanie miejsca

Niby powinnam już wiedzieć od dawna, gdzie jest moje miejsce. Niby powinnam wiedzieć, co robić w życiu, czym się zajmować, gdzie pracować. Niby powinnam… No i niby wiem… Pracuję i bardzo lubię moją pracę, kontakt z tymi, którzy dani mi są na krotki czas. Zawsze chciałam uczyć i robię to, najczęściej z ochotą, rzadziej z niecierpliwością. Są jednak dni, kiedy mam dosyć instytucji, atmosfery, opieszałości (zarówno „władzy” jak i uczniów), dziwnych dla mnie zarządzeń, poganiania mnie, tworzenia ton papierów, które mają udowodnić, że pracuję. A przecież pracuję! Czasami bardzo ciężko, wkładając w to całe serce. Nie mam spektakularnych efektów, niestety – mój przedmiot nie cieszy się szczególną popularnością 😉 Kiedy jednak uda mi się rozpalić w kimś zainteresowanie, kiedy „zarażę” go pasją, wtedy zaliczam ten fakt do swoich największych sukcesów – mimo że niezauważalnych na forum. Pragnę uczyć, ale czy na pewno w tym miejscu już na zawsze?

Skąd we mnie w ogóle takie wątpliwości? Jestem prawdopodobnie takim trochę „niespokojnym duchem”. Przeprowadzałam się chyba z 14 razy i to wcale nie dlatego, że tak bardzo to lubię, z konieczności raczej. Nie mam już rodzinnego domu – miejsca-źródła. Trochę tak jakby mi ktoś podciął korzenie. (Częściowo sama je podcięłam, ale o szczegółach może kiedy indziej). Dom, który miał być nowym rodzinnym gniazdem, dla mnie już nim nie jest. Nie mam swojego domu. Miejsce, w którym mieszkam i za które Bogu co dzień dziękuję, nie należy do mnie. Stworzyłam oczywiście tu azyl dla dzieci i dla siebie, ale na jak długo?

Od kilku lat zadaję sobie pytanie – co dalej? Wykonuję kolejne kroki. I znów to samo pytanie. Nie stoję w miejscu, to chyba dobrze 🙂 „Wędrówką życie jest człowieka…” jak rzekł Stachura. Zawędrowałam aż tutaj. Piszę i to jest jeden z kroków, które zrobiłam. Odpowiedziałam na wezwanie serca, na pragnienie, które w nim się narodziło.

Jeśli idzie o pracę – będę na razie robić to, co robię, najlepiej jak potrafię, mimo obaw, które nieustannie od pewnego czasu mi towarzyszą. Chyba, że wystarczy mi odwagi i pewności, że mam to zmienić. Co do mieszkania, najbliższe miesiące, może pół roku, może rok pokażą, co dalej.

Patrzę dziś na to wszystko i myślę o Maryi. Obserwuję ją, zastanawiam się, jak ona sobie radziła? Gdzie było jej miejsce? W sercu Boga. Teoretycznie tam, gdzie jest i moje. Jednak ona bezgranicznie zaufała, a ja nie potrafię. Ufam, ale nie ufam. Wątpliwości mną targają. Maryja umiała chyba patrzeć z perspektywy Boga; na wszystko, co ją spotykało, na Jezusa, na ludzi, na to, gdzie ma mieszkać i czym się zajmować. Ja próbuję. I asekuruję się. Tylko po co? Zostanę z tymi wątpliwościami.

Pociesza mnie, że coraz bliższe stają mi się słowa Maryi; Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim… Wierzę, że mój Magnificat wybrzmi kiedyś równie mocno, ufnie i serdecznie jak jej… Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny… obym je w porę zauważyła 🙂

Śmierć w życiu i nadzieja

Dzisiaj jest kolejna rocznica śmierci mojego ojca. Nastroiło mnie to refleksyjnie, porozmyślałam sobie o przemijaniu, umieraniu.

Kiedy, dawno temu, przeżywałam seminaria Odnowy przygotowujące do wylania Ducha Świętego, uderzyła mnie jedna z początkowych katechez – o sensie życia. Otóż dowiedziałam się, a raczej uświadomiono mi, że aby nadać sens swojemu życiu, muszę przyjąć moje życie i moją śmierć. Znaczy to tyle, że mam znać początek i koniec swojego życia, przyjąć je, wziąć je w garść i przeżyć odpowiedzialnie. Tak czynił to Jezus. Miłość i miłosierdzie do samego końca.

Umieram co dnia – nie tylko w sensie fizycznym, także duchowym. Umiera moje ciało, moje komórki, ale umieram też wyrzekając się zła, grzechu – umieram, lecz jednocześnie zaczynam żyć. Kończy się moje życie, zaczyna życie Boga we mnie. Sama śmierć, ta na końcu życia, będzie rzeczywiście „tylko” przejściem w nowe życie. Nie zostanie ze mnie nic doczesnego, nic mojego, tylko Życie, którym jest Jezus (J14,6).

Kiedy uświadomiłam sobie tę prawdę o akceptacji śmierci i życia, łatwiej mi przyjmować zjawisko odejścia kolejnych osób z mojego otoczenia i rodziny. To nie tak, że nigdy nie płaczę, czy nigdy nie jest mi żal. Jest, niekiedy bardzo. Kiedy odchodzili moi rodzice, doświadczałam czegoś, co nazwałam śmiercią kawałka siebie. Jak umarł ojciec, stwierdziłam, że czuję się, jakby umarła część mnie. Tak samo było, kiedy odeszła mama. Ale mam w sobie zgodę na śmierć, mino czysto ludzkiego cierpienia. Nie rozumiem często, dlaczego ktoś umiera teraz a nie za np. 10 lat. Wiem, że nic mi do tego. Mnie pozostaje nadzieja na zmartwychwstanie.

Pokazała mi też ten fakt dzisiejsza ewangelia (Mt 17,22-27). Jezus mówi uczniom, że ludzie go pojmają i zabiją, ale… trzeciego dnia zmartwychwstanie! Uczniowie poprzestają na smutku. Tak jakby słyszeli tylko o śmierci, a nie zwrócili uwagi na fakt, że śmierć to nie koniec. Jezus daje im nadzieję, że powstanie z martwych, powróci, by żyć. Jak zauważył to ksiądz Maciej Ch. w dzisiejszym kazaniu, my sami często poprzestajemy na śmierci, załamaniu, traceniu nadziei, a Jezus zapewnia, że jest silniejszy niż śmierć, niż cierpienie, niż problemy doczesne – choćby jak ten z pieniędzmi na podatek.

Przemijania nie uniknę, śmierci i problemów też nie. Jedyne, co mogę uczynić, to mieć nadzieję, że Jezus zwycięża każdego dnia, każdej chwili wszelkie rodzaje śmierci, po to abym ja mogła żyć w wolności dziecka Bożego.

Niegasnącej nadziei… bo „nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego…” (Rz 5,5).

Wróć na miejsce

W ostatnich dniach była ewangelia o tym, jak Jezus mówi do Piotra dwie ważne rzeczy. Pierwsza dotyczy jego roli w Kościele, a druga jest komentarzem słów apostoła o męczeństwie i śmierci Jezusa (Mt 16,13-23). Piotr – skała, opoka Kościoła i ten wyzwany przez Jezusa od szatana. Dla ścisłości – w oryginale, jak się dowiedziałam, jest stanowczo poproszony, żeby wrócił na miejsce. Jezus zdaje się mówić: „nie wychodź przed szereg”, nie wyprzedaj Mnie. To też tak jakby mówił: „idź za Mną”.

Tak sobie myślę, że często wybiegam przed szereg. Niecierpliwię się, chcę „już”, kombinuję, jakby tu niby wypełnić wolę Bożą, jakby tu zrobić to, czy tamto… A Jezus konkretnie: wróć na miejsce, za Mnie. Nie wyprzedaj, nie przyspieszaj, nie wybiegaj w przyszłość. Planuj, ale ze Mną.

Kiedy będę patrzeć przez Jezusa, Jego oczami, a więc będąc za Nim, wtedy wszystko nabierze odpowiedniej wartości, rzeczy staną się jasne, zobaczę je w takiej hierarchii, w jakiej powinnam. Nie wiem, czy kiedykolwiek to się stanie. Przywołuję siebie do porządku, nieustannie. Czasami tylko wygrażam Panu, że niby co to jest, dlaczego i po co? Ze zniecierpliwienia, zniechęcenia, frustracji.

Zastanawiało mnie także, dlaczego tłumacz tak sformułował słowa Jezusa, dlaczego nazwał Piotra szatanem. Szatan się zbuntował, wyszedł przed Jezusa, Boga, powiedział, że zrobi po swojemu. Tak właśnie chce zrobić Piotr. Chce ulec pokusie, żeby pójść trochę na skróty. Boi się o swoje życie, więc wyraża opinię, że lepiej by było, gdyby Jezus jednak nie umierał. Będzie mu łatwiej. Jezus odrzuca taką propozycję. On wypełnia wolę Ojca, a tam nie ma miejsca na wybieganie do przodu, nie ma miejsca na „inwencję twórczą”, tylko na „inwencję Ducha Świętego”. Wie, co do Niego należy, a wszystko, co przeciwne woli Ojca, jest dziełem szatana. Może stąd takie drastyczne określenie Piotra?

Dostrzegam, że myślę bardziej o tym, co ludzkie, niż o tym, co Boskie. Czas wracać – na swoje miejsce, za Jezusa. I pewnie tak bez końca…

Marta, Maria, przemienienie

Siostry Łazarza z Betanii – Marta i Maria. Maria zasłuchana, Marta zabiegana. Podczas rozmowy z Anią W. wyraźnie zobaczyłam, że bliżej mi do Marty, niż Marii. Marta troszczy się o wiele, ale to ona wybiega na spotkanie Jezusa, kiedy Łazarz umiera, ona ostrzega Go: „już cuchnie”, ona szykuje posiłek, podaje i usługuje zgromadzonym w jej domu. Maria siedzi u stóp Jezusa (w Ewangelii Jana jest wyjaśnienie, że to ona właśnie namaściła mu je kiedyś olejkiem).

Mamy opisane dwie wizyty Jezusa w ich domu. Kiedy wskrzesza Łazarza (J 11,1-44) i kiedy przybywa w odwiedziny (Łk 10,38-42). Jezus lubi dom w Betanii, przyjaźni się z rodzeństwem. Czuje się z nimi związany. Kiedy Łazarz umiera, On płacze i wskrzesza go. Myślę, że Marta zdawała sobie sprawę z „korzyści”, jakie daje znajomość z Jezusem. Nie, ona nie była w tym interesowna. Wyznaje, że wierzy w Jego mesjańskie powołanie. Sądzę, że wiedziała, że bycie z Nim jest „opłacalne” dla duszy. Kochała, troszczyła się o Niego i Jego uczniów. Chciała, aby byli, jako jej goście, zadowoleni…. Miała poczucie obowiązku. Myślę, że chciała się Jemu przypodobać. Tak jak często i ja próbuję.

Maria zostawiła wszystko i wszystkich. Kiedy Jezus wszedł do domu, ona siadła przy Nim. Zasłuchana, zapatrzona. Widziała tylko Jego. Marta się wściekała. Rozumiem ją doskonale. Też bym się wściekała, utyskiwała, marudziła pod nosem albo i głośno. No bo co ona sobie myśli, ja wszystko a ona nic?! Też bym pewnie tak do Jezusa podeszła i pomarudziła, poskarżyła na siostrę.

Jezus mnie zadziwia w tym fragmencie. Mówi do Marty, że troszczy się o wiele, a potrzeba mało albo jednego. Nie czyni jej wyrzutów, że Go nie słuchała jak siostra, że teraz marudzi. Ja w tym widzę ogromną wolność i współczucie. „Marto Marto…”. Jezus widzi jej starania, docenia, ale zwraca uwagę, żeby „wyluzowała”. Jak to Ania W. stwierdziła, gdyby Marta usiadła tak jak i Maria, gdyby obie trwały w zasłuchaniu, może goście byliby chwilę dłużej głodni, może musieliby poczekać na posiłek, ale przecież każdy w końcu by coś chwycił w rękę i też by się najedli… Idealne byłoby połączenie Marty i Marii. Wiem, że to nie jest odkrywcze, ale potrzebuję tego faktu do dalszych rozważań.

Dzisiaj jest święto Przemienienia Pańskiego. Jezus wyprowadza uczniów na górę Tabor. Wysoko, oddzielnie, na czuwanie. Na modlitwę. To miejsce przemiany, ale jednocześnie objawienie prawdy o Bożej miłości. „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie” (Mt 17,5b). Te słowa są do mnie i do Ciebie skierowane. Mówi Bóg, że jestem/jesteś Jego umiłowanym dzieckiem. Skoro jestem kochanym dzieckiem Stwórcy tego świata, to czas bym w tę miłość weszła, bym w niej się zatopiła. Wiecie do czego doszłam? Że kiedy wreszcie pozwolę Bogu siebie kochać, kiedy wreszcie zacznę sama na tę miłość odpowiadać, wówczas przyjmę postawę Marii – zasłuchanej, zapatrzonej w kochające oblicze. Zapatrzona w Niego, będę widziała z Jego perspektywy to, co konieczne do zrobienia, bez stresu i pośpiechu, bez chęci przypodobania się; wejdę w postawę Marty – by służyć. Jeśli, patrząc kochającymi oczami Boga, będę służyła, wtedy zbliżę się do postawy Jezusa. I to będzie moje przemienienie. Uczniowie widzieli, że Jezus jaśniał blaskiem miłości Boga. Jeśli będę wpatrzona w Jego oblicze, wtedy i ja będę Nią jaśnieć – na świadectwo Jego działania.

Pozwolę sobie jeszcze zacytować słowa ojca Grzegorza Kramera z jego bloga (https://kramer.blog.deon.pl/). Zrozumiałam, jak mogę wykorzystać moje rozproszenia, o których tu kiedyś pisałam i czego mogą być przyczyną – bardzo pozytywną:

„Często jest tak, że ludzie mówią: „nie potrafię się modlić, moja modlitwa jest kiepska, bo myśli uciekają, bo rozproszenia, bo zamiast o Panu Jezusie, to ja myślę o obiedzie, mężu, żonie”. Mówimy w ten sposób, bo często myślimy o modlitwie jak właśnie o spotkaniu na górze przemienienia, że wszystko tam było takie inne, niecodzienne, wręcz magiczne. Tymczasem nasza modlitwa, to nic innego jak dopuszczanie Boga do naszej codzienności, właśnie do tych garnków, niedokończonego obiadu, do żony, która ma problem, do tysiąca spraw, które się nam objawiają, kiedy my próbujemy się skupić. Przemienienie na modlitwie nie polega na jakimś magicznym, cudownym oderwaniu się od ziemi, ale na pozwolenie Bogu wejść w naszą codzienność. Na przemianie naszej codzienności.”

Życzenia :)

Czego życzyć przy różnych okazjach? Pytanie zrodziło moje osobiste kolejne lecie. W tym roku dominowało życzenie spełnienia marzeń. Zacnie to bardzo ze strony życzących. I ja pragnę przecież, żeby moje marzenia się ziściły. Jest ich kilka. Tak naprawdę bardzo zwyczajne… Skoro tyle osób życzyło mi właśnie tego, jestem pełna nadziei, że może zaczną się ziszczać 😉

Ale moje myśli powędrowały też do tego, czego sama innym życzę. Najczęściej: miłości, radości, szczęścia, błogosławieństwa (co właściwie na jedno wychodzi), opieki Bożej i ewentualnie, jeśli dobrze znam sytuację solenizanta/jubilata, czegoś aktualnie związanego z jego sytuacją. Rzadko życzę zdrowia i „wszystkiego najlepszego” – chyba że na podsumowanie laurki 😉

Skąd bierzemy pomysły na życzenia? Dlaczego danej osobie składam takie, a nie inne? Stwierdziłam, że te, które składam, wypływają niejednokrotnie z tego, czego sama bym sobie życzyła, z mojego systemu wartości i ze znajomości konkretnego człowieka. Staram się, żeby były osobiste, ukierunkowane i nieszablonowe. Czasami wymaga to nie lada wysiłku, aby nie skończyć na „najlepszego…”. Sądzę jednak, że to, czego życzymy, powinno wypływać z serca i z szacunku do obdarowywanego.

Życzenia kojarzą mi się z błogosławieństwem. Pamiętam z czasów mojego dzieciństwa, jak dorośli składając mi przy różnych okazjach życzenia, mówili „opieki Bożej” i „Bożego błogosławieństwa”. Życzyli mi obecności Boga w moim życiu i zwyczajnie – szczęścia. Bo błogosławiony to szczęśliwy. Może warto wrócić do tego zwyczaju? Oprócz tego wszystkiego, czego sobie życzymy, błogosławmy sobie wzajemnie. Życzmy szczęścia, Bożego szczęścia w życiu i w sercu – nie tylko od święta 🙂

I na koniec „życzenia”, które na mnie robią ogromne wrażenie – zawsze i niezależnie od okazji:

Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze swe nad tobą, niech cię obdarzy swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze swoje i niech cię obdarzy pokojem (Lb 6, 24-26).