Dzienne archiwum: 20 lipca 2014

Odwiedziny, zmiana proboszcza i wypełnianie Prawa :)

Niespodziewanie odwiedziły mnie dzisiaj Ania N. i Weronika M. Niespodzianka polegała na tym, że absolutnie nie planowałam dziś nikogo przyjmować, a tu jedna wiadomość sms i już wiedziałam, że dziewczyny jadą. O czym to myśmy nie rozmawiały! Tematyka była rozległa… O studiach, pracy, małżeństwie, jego rozpadzie, życiowych wyborach, wierności sobie, a nawet o zmianie księdza w parafii. I tu rodzi się pewna refleksja. Nie chcę nikogo oceniać, niczego nikomu wytykać, nikogo obrażać. Ale z mojej perspektywy poddam coś do przemyślenia – sobie i innym. Jest to wynikiem rozwinięcia tego wątku naszej dyskusji.

W pewnej parafii zmienił się dekretem biskupa proboszcz. Po ponad 10-ciu latach ksiądz ten odszedł z parafii, w której robił wiele dobrego. Prowadzony przez Ducha Świętego przyczynił się do powstania wspólnoty, organizował Msze Św. z uwielbieniem, był niewątpliwym autorytetem dla wielu wiernych. (Tak to przynajmniej wygląda z punktu obserwatora). Do miejscowości przybywali ludzie nawet z daleka, aby uczestniczyć w tych Eucharystiach. Jego obecność i służba były powodem do dumy mieszkańców. Teraz jest już w nowej parafii. Jego miejsce zajął nowy kapłan. Nie wiemy, czy będzie działać podobnie, czy w podobnym duchu poprowadzi wspólnotę, czy będą comiesięczne uwielbienia. Jest otwarty i chwała mu za to. Ciekawa jest natomiast reakcja ludzi na zaistniałą sytuację „wymiany” proboszczów.

Byli tacy, co długo pogodzić się nie mogli z dekretem biskupa, byli i tacy, co rzewnie płakali. Część z parafian regularnie uczestniczyła w codziennych Eucharystiach i modlitwach. Część tylko w niedzielę. A jak jest teraz? Otóż okazało się, że wraz z odejściem „starego proboszcza” zmniejszyła się frekwencja na codziennych Mszach. Wiadomo – inny kapłan, inaczej, choć przecież tak samo, prowadzona liturgia, inne kazanie; może lekka zmiana wystroju, może inne problemy akcentowane. Ale rodzi się tutaj pytanie: dla kogo przychodzę na Eucharystię? Komu służę we wspólnocie? Komu chcę się przypodobać? Księdzu? Czy Jezusowi?

Jesteśmy tylko ludźmi, tylko istotami przywiązującymi się do rytuałów, sposobu myślenia. Doskonale wiem, że niektórych kapłanów słucha mi się lepiej, niektórych zwyczajnie „nie trawię”. Pisząc to, nikogo nie chcę urazić. To ludzkie. I nie ma się co oszukiwać, że jest inaczej. Problem zaczyna się, jeśli zadam pytanie – dla kogo jestem w Kościele? Komu służę? Chcę przypodobać się księdzu, proboszczowi, czy jestem tu dla Jezusa? Czy wykonuję pewne gesty i rytuały dla nich samych, czy z potrzeby serca, by być bliżej Miłosiernego?

„Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary” (Mt 12,7b). Bóg nie chce pustych gestów, pobożności, chce Twojej i mojej miłości. Czyny pobożne mają wynikać z kochającego serca, z oddania Jemu chwały. Nie z chęci przypodobania się Jemu czy ludziom. Nie tędy droga. Choćbyś (choćbym!) wypełnił wszystkie przykazania Prawa, odmówił wszystkie możliwe litanie i modlitwy (podkreślam – nie mam nic przeciwko nim! są potrzebne i ważne, chodzi o moje intencje serca przy ich odprawianiu!), a nie będziesz mieć w sercu miłości i miłosierdzia, wszystko będzie pustym gestem, pozbawionym fundamentu (por. 1Kor 13). Przykazania są wyrazem miłości Boga do człowieka, mają go chronić. Jeśli wypełniam je z miłości do Boga, będą odpowiedzią na Jego miłość. Jeśli to robię, bo „tak wypada”, bo tak jest dobrze, będą, owszem, realizacją np. Dekalogu czy Przykazań Kościelnych, ale niczym więcej. Kiedy dojdę do wprawy, mogę popaść w pychę, bo stwierdzę, ze radzę sobie bez Bożej łaski! (wywiedzione z kazania pewnego księdza R.).

Tak właśnie może być, kiedy jestem w Kościele dla ludzi, dla siebie i dla księdza. Przychodzę na Eucharystię, próbuję się z nim zaznajomić, przypodobać, żyję pobożnie itp. Ale kiedy on odchodzi, we mnie gaśnie gorliwość… Nie tak mamy żyć.

Myślę, że nieustannie musimy weryfikować swoją pobożność, nieustannie pytać się o uczciwość względem Boga i siebie samego. Jeśli będę dla Boga, wtedy niestraszna mi będzie zmiana proboszcza czy wikariusza. Pewnie poirytuje mnie, zanim się przyzwyczaję, ale i tych którzy drażnią – muszę pokochać 😉 Jesteśmy razem w sercu Boga, lepiej to zaakceptować i w tym sercu odnaleźć swoje miejsce.

Macierzyństwo

Bycie matką to błogosławieństwo, dar, radość itd. itp…. Czasami zastanawiam się, gdzie ja w tych wszystkich wzniosłych wartościach się zgubiłam. Gdzie są one, a gdzie ja?

Bywają dni, że nie umiem spojrzeć na moich synów jak na dar od Boga, jak na błogosławieństwo. Nie należą do tzw. „łatwych” dzieci. Zdarza się, że odbieram ich jako krnąbrnych, problemowych, czasami chamskich i raniących. A ja muszę ich wychować, dać im dobry start w dorosłość, nauczyć odpowiedzialności, obowiązkowości i tego wszystkiego, co sprawi, że odnajdą się w świecie. Chciałabym, żeby byli szczęśliwi. Dopiero skończył się okres wzmożonego buntu starszego, a zaczął się u młodszego. Kolej rzeczy, wiem. Zadaję sobie jednak pytanie – skąd oni tacy?

Dopada mnie frustracja, ale nie chcę się jej poddawać. Niemniej, uczucia pozostają, byle nie pozwolić im sobą rządzić…

Dani mi są na chwilę, na czas określony. Później pójdą swoją drogą. Jak być z nimi, cieszyć się ich życiem i nie zwariować, kiedy częściej mam wrażenie, że moje wysiłki spełzają na niczym, niż wydają dobre owoce?

Kiedyś usłyszałam słowa Małgosi Leśniewskiej (SNE Barnaba Poznań), że świat kradnie nam dzieci. Mówiła o tym przy okazji świadectwa swojego syna. Poruszyło mnie to i widzę, że tak jest. Ona ma rację. Walka ze światem jest nieustanna. Ja kontra świat wobec moich dzieci. Próba sił, wartości, uczuć. Ja mówię jedno, świat drugie – łatwiejsze i atrakcyjniejsze. Nie chcę ich stracić! Poruszam się często po omacku na mojej drodze wychowywania. Więcej tam pytań i wątpliwości niż pewnych rozwiązań. Pragnę, aby moi synowie byli szczęśliwi, aby byli prawymi ludźmi i żyli z Bogiem.

Czasami, będąc u kresu sił i wytrzymałości, wybucham. Sama staję się tą, która odpycha i rani. Ale są i takie chwile, kiedy zrzucam ciężar na Jezusa. Kiedy Jemu zadaję pytania – co dalej, co mam zrobić, jak zareagować? Dzieje się tak, jak w Ewangelii – „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a brzemię lekkie”. Mt 11,28-30. Bywa, że moje macierzyństwo jest jarzmem, brzemieniem wbijającym się w skórę, w serce, raniącym i powodującym bezsilność. Ale… jeśli oddaję to brzemię Jemu, to On daje mi swoje. To znaczy zmienia moją perspektywę patrzenia na macierzyństwo, na oddanie się dzieciom, na troskę o nie. Daje mi siły i rozbudza pomysły, jak sobie radzić w sytuacjach kryzysowych. Nie jest łatwo, brzemię pozostaje brzemieniem, ale to pobłogosławione brzemię. Przemienione mocą Jezusa. Jestem pokrzepiona, a moja dusza doznaje ukojenia.

Może na tym polega moje macierzyństwo? Na błogosławionym brzemieniu? Może fakt, że mogę oddać wszystkie troski Jezusowi, powinien stanowić o radości z faktu, ze jestem matką? Długa droga przede mną. Wierzę, że co dnia uczę się czegoś nowego o sobie i macierzyństwie. Kiedyś może zrozumiem sercem, jak wielkie błogosławieństwo mnie spotkało, na razie wie to mój rozum.