Dzienne archiwum: 15 lipca 2014

O związkach i ryzyku

Wpis ten rodził się długo, przerywany kolejnymi rozproszeniami, potrzebami dzieci i trudnościami natury lingwistycznej. Niedoskonały jest język, zbyt nikłe moje umiejętności, ale starałam się oddać choć w części zamysł tych rozważań. Miał rację Norwid, mówiąc, że sztuką jest „odpowiednie dać rzeczy słowo”…

Związki. Związek mężczyzny i kobiety. Związek międzyludzki. Każdy z nas spotkał się z jakimś rodzajem związku, więzi. Związki się nawiązują i rozwiązują. Niestety do ostatniego zjawiska dochodzi bardzo często. A co, jeśli kobieta/mężczyzna nie może wejść przez długi czas w związek? Gdzie tkwi przyczyna życia w samotności? Bóg stworzył nas do życia z kimś. Mamy tworzyć więzi. (Nie więzy!).

Niedawno przeczytałam następujące słowa: Wśród tych samotnych są kobiety ładne, zadbane, wykształcone, inteligentne. I trudno zrozumieć, dlaczego one są same, dlaczego nie udało im się założyć rodziny, dlaczego nikt się nimi nie zainteresował? Bo te kobiety, o których pani mówi, są często tak zaradne, tak samowystarczalne, tak samodzielne, że mężczyzna czuje się przy nich niepotrzebny. On chciałby się kobietą zaopiekować, dać jej poczucie bezpieczeństwa, obronić ją. A skoro ona jest taka doskonała, to co on jej może zaoferować? Mężczyzna myśli sobie, patrząc na taką doskonałą kobietę: żeby ona miała chociaż jakąś słabość, jakiś maleńki brak, żeby czegoś potrzebowała, ale ona jest silniejsza ode mnie. Niektóre kobiety zostały tak wychowane: masz być samodzielna, niezależna, samowystarczalna, masz liczyć tylko na siebie. (https://www.deon.pl/inteligentne-zycie/ona-i-on/art,372,o-milosci-bez-znieczulenia.html).

No dobrze, a jeśli taki sposób bycia nie wynika z wychowania, lecz jest sposobem wypracowanym przez konkretną kobietę po traumatycznych przejściach? Nie zakładam, że nie przyczyniła się do nich swoim sposobem bycia, czy poglądami, czy osobowością. Ale załóżmy, że żyła nadzieją na udany związek, kochającego męża, własny dom i dzieci, a życie przyniosło jej odrzucenie i poniżenie? Może była w jakimś związku, ale ten nie zakończył się małżeństwem albo małżeństwo było, ale zostało zerwane?

Czy nie jest tak, że wypracowujemy w sobie mechanizmy obronne, odrzucamy miłość, zanim w ogóle się pojawi, bo boimy się porażki? Gdzie ustalić granicę ochrony siebie i otwarcia na związek? Jak nie stać się zgorzkniałym malkontentem, lecz być człowiekiem otwartym na drugiego człowieka?

Obserwuję siebie i wiem, jak trudno jest zaufać ponownie – nie tylko „w związku ze związkiem”, lecz tak na co dzień, w kontaktach międzyludzkich, w nawiązywaniu przyjaźni, koleżeństwa, współpracy.

Nie poddaję się! Mimo pytań i obaw, podejmuję trud otwierania serca codziennie. Wiem, że nie zabraknie zranień i zawodów (obustronnych), jednak życie bez ryzyka miłości czy przyjaźni byłoby może bezpieczne, ale jakże nudne…

Wytrwałości w budowaniu więzi, sił ponad obawy, odwagi, przebaczenia zranień i nadziei – tego Wam i sobie życzę 🙂