Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

Co widział święty Ignacy?

Dzisiaj dowiedziałam się, że święty Ignacy Loyola jest, oprócz wielu swych przymiotów, patronem kobiet rodzących i będących w ciąży.

10525843_623190491127858_4104778168077822271_n

Zawsze kojarzył mi się z Towarzystwem Jezusowym, którego był założycielem, ćwiczeniami duchowymi i ogromną mądrością. Zadziwiające jest dla mnie, jak człowiek żyjący w XVII wieku, mógł stworzyć „filozofię” tak bliską żyjącym w XXI wieku. Wiem – wytłumaczyć można to tylko łaską Bożą i natchnieniem Ducha Świętego… Mimo tej oczywistości, nie przestaje zadziwiać.

Hiszpański święty badał umysł i serce, zostawił „zestaw” ćwiczeń, które mają mi pomóc w poznaniu, nazwaniu i uporządkowaniu swoich myśli i uczuć. Mają mi uzmysłowić, jak jedno zależne jest od drugiego. Badanie serca jest procesem mozolnym, bywa że bolesnym, przed którym zbyt często biorę nogi za pas. Dlaczego? Bo wymaga to ode mnie stanięcia w prawdzie przed Bogiem, ale przede wszystkim przed samą sobą. A prawda, którą widzę, niekoniecznie mi się podoba. No bo jak to? Ja? Taka mądra, żyjąca z Panem Bogiem, modląca się itp. itd… Tak, właśnie ja. Często żyjąca w zakłamanej rzeczywistości wykreowanej dla własnych potrzeb, patrząca przez pryzmat swoich doświadczeń, swoimi oczami, a nie oczami i z perspektywy Boga, który jest Miłością.

Ignacy Loyola widział przede wszystkim Boga. Szukał Go wszędzie i we wszystkim. Nawet tam, gdzie inni widzieli grzech czy nieprawość. On dostrzegał w tym możliwość ujawnienia się Bożego Miłosierdzia (Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska Rz 5,20). To mnie zadziwia, motywuje. Chcę widzieć Boga w drugim człowieku – szczególnie tym, którego nie lubię albo który mnie skrzywdził, chcę widzieć Go w problemie, który dla mnie jest nie do przejścia (Nie mów Bogu, że masz wielki problem. Powiedz swojemu problemowi, że masz wielkiego Boga 🙂 ). Myślę, że święty Ignacy, był tym, który dawał szansę, chciał poznawać nawet to, co inni odrzucali. Nie widział siebie w kategorii – „jestem od nich lepszy”. Starał się działać ku dobru innych i Boga („Ku większej chwale Boga – ad maiorem Dei gloriam”).

Droga długa przede mną. Zapewne pełna upadków, buntów, tupania nogami, że mam dość, że samo zło, że nie tak, że ten mnie zranił, a ja teraz mam szukać dobra i Boga… Ale nie chcę się pogrążać we frustracjach, nie chcę tracić nadziei. Odkrywam już, że kiedy ja przestanę szukać swoich pomysłów na życie, wtedy On może zacząć działać. Kończę się ja, zaczyna się On. Jakież to trudne! Ale proces trwa…

Ignacy fascynuje mnie coraz bardziej. Być może dorastam do Rekolekcji Ignacjańskich? Dowiem się w najodpowiedniejszym czasie. Na razie zadanie przede mną – znaleźć informację, jak to się stało, że Ignacy został patronem kobiet rodzących i w ciąży 🙂

Modlitwa Jezusowa i zmiany

Wczoraj rozmawiałam z Anią N. Cieszy się jak dziecko, bo dostała na imieniny od bliskich koleżanek czotkę 🙂 Przyznam szczerze, że kiedy dostałam swoją – prosto z Ziemi Świętej – cieszyłam się równie mocno! Ona z tej radości zaproponowała, żebym napisała tu coś o modlitwie Jezusowej, która z czotką jest związana niepodzielnie. Części osób zapewne jest znana. Nie pretenduję do znawcy tematu; coś tam przeczytałam, posłuchałam, do źródeł mogę odesłać. Chcę przede wszystkim opowiedzieć, czym ta modlitwa stała się dla mnie i jak zadziałała w moim życiu.

Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem – modlitwa Jezusowa, modlitwa serca, wszechstronna i możliwa do modyfikowania; można ją skracać, zmieniać poszczególne człony albo po prostu wypowiadać Imię Jezus. Jej moc jest ogromna, bo kiedy skupiam się na tym, co mówię i do kogo, wtedy zachodzi relacja osobista, rodzi się intymność między mną i Jezusem. Z tej relacji płynie tylko dobro (nawet jeśli przyjdzie pocierpieć najpierw…). Prosty przykład – połóż rękę na sercu, zamknij oczy i powtarzaj „Jezus” (dziękuję Luis 😉 ). Widzisz, co się dzieje? Skupiasz się na Nim. Od tego się zaczyna osobista relacja. Jesteście ze sobą „po imieniu”. Nie idzie o spoufalanie się, ale o pełną miłości i szacunku relację osobistą. A jeśli poznasz Jezusa osobiście, będziesz mógł opowiedzieć o Nim innym.

Mocy modlitwy Jezusowej doświadczyłam wielokrotnie. Opowiem o jednym jej owocu. Pierwszy raz przeczytałam o niej w książce Szymona Hołowni i Marcina Prokopa „Bóg, kasa, rock and roll”. W jednym z rozdziałów Szymon Hołownia mówi o mocy tej modlitwy, o tym, że jest jak oddech, jak zwrócenie serca ku Bogu. Przywołuje przykład niewidomego Bartymeusza spod Jerycha (Mk 10, 46-52). Wołał on głośno do Jezusa, żeby na niego zwrócił uwagę: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną”. Jezus uzdrowił go. Bartymeusz mówi, że chce przejrzeć. Dzięki swojej wierze zostaje uzdrowiony.

Tak zaczęła się moja przyjaźń z modlitwą serca, właśnie w takiej formie, jak wołał Bartymeusz. (Szymon Hołownia, w kolejnej wspólnie napisanej z Marcinem Prokopem książce „Wszystko w porządku”, w jednym z ostatnich rozdziałów również poświęca jej sporo miejsca.)

Tę całą wyżej opisaną biblijną sytuację, słowa, które przeczytałam odniosłam do siebie i swojego ówczesnego życia. Ono sypało się, miałam problemy rodzinne, osobiste. Cierpiałam potwornie. Nie miałam sił żyć tak, jak żyłam. Czułam, że jeszcze trochę i zwyczajnie zwariuję. Nie przesadzam, ja naprawdę byłam u kresu swoich psychicznych możliwości. Byłam zamknięta w swoim świecie, odgradzałam się od bliskich, nawet, a przede wszystkim, od dzieci. Pragnęłam spokoju i radości, ale ich nie miałam. Zaczęłam wołać tak, jak niewidomy, codziennie, po kilkanaście razy. I Jezus przyszedł z rozwiązaniem. Musiałam wiele zostawić, wiele rzeczy zakończyć. Było, i często nadal jest, bardzo boleśnie, ale Jezus zwyciężał. Ja wiedziałam, co mam zrobić, jakie kroki poczynić, dokąd się udać. Jezus zmiłował się nade mną. Potrzebowałam mieszkania i ono się znalazło, potrzebowałam konkretnej pomocy i ją otrzymałam, potrzebowałam wsparcia innych ludzi i też je dostałam. Miałam odwagę zmieniać życie. Modlitwa ta przede wszystkim jednak spowodowała mój powrót do Jezusa, zanurzenie się w Jego ranach i doświadczenie uwolnienia i uzdrowienia. One trwają nadal, a Jezus działa w swej mocy, nieustannie przypominając mi, kim jest. Niech będzie uwielbiony!

Co do czotki – służy ona do odmawiania tej modlitwy. Wygląda podobnie do różańca. Ma koraliki i krzyżyk. Może mieć 33, 50 lub 100 koralików, na których odmawia się tę samą cytowaną tu frazę. Szczegóły można znaleźć na stornach: https://www.katolik.pl/modlitwa-jezusowa,38,416,cz.html oraz https://www.stacja7.pl/article/1855/Modlitwa+Jezusowa. W sieci można również znaleźć konferencje poświęcone tej modlitwie, np. ojca Adam Szustaka.

Na koniec, coś do posłuchania, kontemplowania i modlitwy sercem: https://www.youtube.com/watch?v=k86d1-2lQEU 🙂

Prawda o miłości Bożej

Kim jestem? Dzieckiem Boga. Umiłowanym dzieckiem. Próbuję pozwolić tej prawdzie przebić się przez mury przyzwyczajeń, nawet tych pobożnych, przez lęki i obawy, przez przywyknięcie do niej. Bo czymże jest ów fakt głoszony na różne sposoby od wielu lat w moim życiu? Prawdą – oczywiście. Ale czy tylko? Nie wiem. Myślę, że również pytaniem zadawanym samej sobie.

Nie sądzę, żebym w pełni pozwoliła tej wiadomości rozgościć się w sercu. Owszem, wiem, że jest to informacja prawdziwa, ale bywają chwile, kiedy jest to prawda istniejąca gdzieś „z tyłu mojej głowy”. Mój Bóg jest potężny, większy od wszelkich problemów i lęków, otacza miłością, doświadczam Jego troski, opieki, ale pojawia się i jakieś „ale”…

Taki stan rzeczy podkreśla zapewne zasadę nawracania się przez całe życie, nieustającego napełniania się Duchem Świętym, Bożą miłością i błogosławieństwem. Tylko dlaczego jest to tak trudne?! Dlaczego ciągle na nowo muszę podejmować trud nawracania, przebaczania, dlaczego nie wystarczy zrobić tego raz a dobrze? Ano pewnie dlatego, że grzesznikiem jestem. Odkupionym już, ale jednak grzesznikiem. Niby przebaczyłam, niby zaufałam, niby jestem blisko Ojca Niebieskiego, niby grzechy wyznałam, już wydaje mi się, że teraz to pójdzie już „z górki”, a tu nic z tego!

I przyznać muszę – przekonuję się nieustannie, że poznawania Bożej miłości, uznawania swojej grzeszności, przyjmowania przebaczenia od Zbawiciela, uznawania Jezusa za Pana każdej sytuacji, doświadczania mocy Ducha Świętego i trwania we wspólnocie nigdy dosyć.

Po ludzku czuję się tym zmęczona, zniecierpliwiona i czasami zniechęcona. Wiem jednak, że prawda o Bożej miłości jest taka, że Bóg z tym wszystkim, co wyżej wymieniłam i tak mnie kocha. Czeka, aż się wykrzyczę, wypłaczę i przyjdę do Niego, uznam swą winę, a Jego miłość mnie przemieni po raz kolejny… Myślę, że tu wypełnia się Słowo: W Nim bowiem wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem Ef 1,4. Dalej jest mowa, że wybrał nas, żebyśmy czynili rzeczy, do których nas przeznaczył przed założeniem świata.

Podziwiam Boga za Jego cierpliwość i miłosierdzie. Bóg kocha, akceptuje, czeka, otula, troszczy się, a ja czasami przypatruję się temu z boku, zamiast odpowiedzieć miłością i wdzięcznością. Miłość Boga daje mi wolność, a z drugiej strony przyciąga jak więzy (0z 11,4). Przemienia mnie, kiedy pozwolę działać, a im bardziej powalam, tym bliżej Niego jestem. I tak bez końca.

Miłość Boża to proces. Odkrywana powoli albo doświadczana niespodziewanie i mocno, rozpoczyna dynamiczny proces przemiany, której efekt wiadomy jest tylko Bogu 🙂

Czas przebaczania

Uczciwość wobec Boga. Czym jest? Czy jestem uczciwa wobec Niego w mojej modlitwie, w moich myślach, w moim życiu? Pisałam już o tym, że nieustannie musimy wszyscy sobie te pytania zadawać, ale jest jeszcze coś. Przebaczenie – jest ono konieczne, aby być uczciwym wobec Boga i wobec siebie. I nie idzie mi o przebaczenie innym, czy samemu sobie. Te elementy życia duchowego są niezbędne, lecz jest jeszcze coś: moje przebaczenie Bogu.

Tu nie chodzi o wymachiwanie Bogu pięściami. Tylko o powiedzenie Mu, że zawiodłam się na Nim, że nie rozumiem Jego działania, że jest ono zupełnie odmienne od moich pragnień. Oczywiście On chciał/chce najlepiej dla mnie. Ale sami doskonale wiecie, człowiek ma oczekiwania… Owszem, pokłada wiarę, nadzieję w Bogu – nawet bardzo często, lecz jeśli długi czas doznaje krzywd, niesprawiedliwości, opuszczenia może to w nim zrodzić frustrację i niechęć wobec Stwórcy. I myślę, że zdrowo wtedy jest stanąć przed Bogiem w prawdzie i Mu o tym wszystkim opowiedzieć. Może nawet trochę „pokłócić się”.

10382371_659722574104475_3004326018278855239_o

Niedalej jak wczoraj, zrobiłam listę „skarg i wniosków” przeciwko Bogu. Podziękowałam Mu za to wszystko, co mi uczynił dobrego, przeprosiłam za swoje błędy, a następnie wyłuszczyłam te sprawy, w których czuję się zawiedziona Jego działaniem bądź brakiem działania.

Musiałam to zrobić. Zbyt wiele żalu we mnie ostatnio narosło, zbyt wiele bólu, mimo oddawania się Jemu. Nie rozumiem często Boga, bywa, że ślepa jestem na Jego interwencje. Jednak pomimo świadomości swoich niedomagań, czuję się czasami opuszczona i „niezopiekowana”. Jestem teraz na etapie godzenia się z Nim.

Czy Bogu potrzebne jest moje przebaczenie? Oczywiście, że nie! Ono jest potrzebne mi. Każdy brak przebaczenia blokuje przepływ łaski i psuje relacje. A więc jeśli w moim sercu jest niewypowiedziany żal do Boga, to On nie może przyjść z pełnią błogosławieństw do mnie… Bóg w miłosierdziu swoim mi wszystko przebaczył, ale żeby nastąpiła zmiana relacji między nami i przepływ łask, widocznych dla mnie, musi być przebaczenie z mojej strony. Taki sam mechanizm rządzi ludzkimi związkami. Pięknie pisze o tym William P. Young w „Chacie”.

Potrzebna jest nam/mi odwaga w takiej szczerej modlitwie, w przyznaniu się, że mam żal do Boga i powiedzeniu Mu o tym… Powodzenia 🙂

Więcej o uczciwości wobec Boga:

https://www.stacja7.pl/article/3837/7+pierwszych+krok%C3%B3w+do+uczciwo%C5%9Bci

 

Szacunek – o ekumenizmie i ateizmie

Od dawna zdarza mi się myśleć o ekumenizmie, jego istocie, trudnościach i pięknie. Moim wielkim pragnieniem jest modlić się kiedyś wspólnie z chrześcijanami (nie tylko katolikami), Żydami i muzułmanami. Pragnienie to wzrosło, odkąd Papież Franciszek modlił się z przedstawicielami różnych wyznań w Ogrodach Watykańskich. Wiadomo, że w dogmatyce różnimy się i różnić będziemy, ale wierzę, że jest możliwa JEDNOŚĆ ponad podziałami. Jeśli skierujemy głos ku Jedynemu Bogu, pomijając to, co dzieli, a skupiając się na tym, co nas łączy, na wierze w Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba, w Jahwe, w Miłość Najwyższą, wierzę, że możemy sercem uwielbiać i dziękować razem. Może to i utopijne marzenia, ale nadzieja i wiara są silniejsze od każdej utopii.

Jakby na potwierdzenie tych myśli, natknęłam się dzisiaj na blogu Piotra Żyłki na cudowną pieśń – This I Believe (The Creed). Pochodzi z najnowszej płyty Hillsong. Uwielbiam ich muzykę. Są chrześcijanami – zielonoświątkowcami, głoszą, ewangelizują w mocy Ducha Świętego, a na ich koncertach są tłumy. Słowa pieśni są wyznaniem wiary, Credo. I uwierzcie – każdy katolik się w nich odnajdzie 🙂 Nawiasem mówiąc, wiele z utworów przez nich wykonywanych, jest znanych i śpiewanych we wspólnotach katolików i pewnie nie do końca zdajemy sobie sprawę, że nie są to pieśni stricte katolickie… Wracając do This I Belive. Tekst jest zrozumiały i jednoznaczny i nawet ja, z moją mniej niż nikłą znajomością angielskiego, rozumiem większość. Oto link do utworu: https://www.youtube.com/watch?v=uuDI-sk2nJU

O ekumenizmie było, teraz o ateizmie. Jest coś, co łączy oba – szacunek do odmienności. Kiedy spotykam osobę uznającą się za ateistę, zdarza mi się myśleć: zaatakuje, czy przyjmie z akceptacją moją odmienność? Nie mam zwyczaju nikomu na siłę głosić i przekonywać. Wymagam szacunku dla swoich poglądów i staram się takim samym szacunkiem obdarzać. I wierzcie mi, jeśli mam do czynienia z osobą niewierzącą z przekonania, odrzucającą Boga, z takim ateistą z prawdziwego zdarzenia – spotykam się zawsze z szacunkiem. Mogę wymieniać się poglądami, nie zgadzać się z nimi – ale nie ma ataków. Jeśli jednak mam do czynienia z osobą wierzącą w ateizm… Oj, wtedy bywa, że leją się pomyje i zło całego świata, i wszystkie pretensje. Do niczego to nie prowadzi. Jaką postawę teraz przyjąć? Spokoju, miłości. Jeśli ja nie będę atakować, adwersarz powinien się zreflektować. Zadziwi go postawa miłości i spokoju. Trudne to zadanie, bo mamy tendencje do wojowania. Tylko, czy Bóg potrzebuje takich obrońców? Jego Miłość obroni się sama.

Na podsumowanie zachęcam do przeczytania artykułu Szymona Hołowni „Kto ma rację?” (https://www.stacja7.pl/article/3910/Kto+ma+racj%C4%99/68). Tekst łączy w pewien ciekawy sposób oba zjawiska, o których dziś pisałam i traktuje o sprawach z nimi związanych.

Wytrwałości w postawie szacunku dla odmienności Wam i sobie życzę – nie tylko na dziś 😀

Odwiedziny, zmiana proboszcza i wypełnianie Prawa :)

Niespodziewanie odwiedziły mnie dzisiaj Ania N. i Weronika M. Niespodzianka polegała na tym, że absolutnie nie planowałam dziś nikogo przyjmować, a tu jedna wiadomość sms i już wiedziałam, że dziewczyny jadą. O czym to myśmy nie rozmawiały! Tematyka była rozległa… O studiach, pracy, małżeństwie, jego rozpadzie, życiowych wyborach, wierności sobie, a nawet o zmianie księdza w parafii. I tu rodzi się pewna refleksja. Nie chcę nikogo oceniać, niczego nikomu wytykać, nikogo obrażać. Ale z mojej perspektywy poddam coś do przemyślenia – sobie i innym. Jest to wynikiem rozwinięcia tego wątku naszej dyskusji.

W pewnej parafii zmienił się dekretem biskupa proboszcz. Po ponad 10-ciu latach ksiądz ten odszedł z parafii, w której robił wiele dobrego. Prowadzony przez Ducha Świętego przyczynił się do powstania wspólnoty, organizował Msze Św. z uwielbieniem, był niewątpliwym autorytetem dla wielu wiernych. (Tak to przynajmniej wygląda z punktu obserwatora). Do miejscowości przybywali ludzie nawet z daleka, aby uczestniczyć w tych Eucharystiach. Jego obecność i służba były powodem do dumy mieszkańców. Teraz jest już w nowej parafii. Jego miejsce zajął nowy kapłan. Nie wiemy, czy będzie działać podobnie, czy w podobnym duchu poprowadzi wspólnotę, czy będą comiesięczne uwielbienia. Jest otwarty i chwała mu za to. Ciekawa jest natomiast reakcja ludzi na zaistniałą sytuację „wymiany” proboszczów.

Byli tacy, co długo pogodzić się nie mogli z dekretem biskupa, byli i tacy, co rzewnie płakali. Część z parafian regularnie uczestniczyła w codziennych Eucharystiach i modlitwach. Część tylko w niedzielę. A jak jest teraz? Otóż okazało się, że wraz z odejściem „starego proboszcza” zmniejszyła się frekwencja na codziennych Mszach. Wiadomo – inny kapłan, inaczej, choć przecież tak samo, prowadzona liturgia, inne kazanie; może lekka zmiana wystroju, może inne problemy akcentowane. Ale rodzi się tutaj pytanie: dla kogo przychodzę na Eucharystię? Komu służę we wspólnocie? Komu chcę się przypodobać? Księdzu? Czy Jezusowi?

Jesteśmy tylko ludźmi, tylko istotami przywiązującymi się do rytuałów, sposobu myślenia. Doskonale wiem, że niektórych kapłanów słucha mi się lepiej, niektórych zwyczajnie „nie trawię”. Pisząc to, nikogo nie chcę urazić. To ludzkie. I nie ma się co oszukiwać, że jest inaczej. Problem zaczyna się, jeśli zadam pytanie – dla kogo jestem w Kościele? Komu służę? Chcę przypodobać się księdzu, proboszczowi, czy jestem tu dla Jezusa? Czy wykonuję pewne gesty i rytuały dla nich samych, czy z potrzeby serca, by być bliżej Miłosiernego?

„Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary” (Mt 12,7b). Bóg nie chce pustych gestów, pobożności, chce Twojej i mojej miłości. Czyny pobożne mają wynikać z kochającego serca, z oddania Jemu chwały. Nie z chęci przypodobania się Jemu czy ludziom. Nie tędy droga. Choćbyś (choćbym!) wypełnił wszystkie przykazania Prawa, odmówił wszystkie możliwe litanie i modlitwy (podkreślam – nie mam nic przeciwko nim! są potrzebne i ważne, chodzi o moje intencje serca przy ich odprawianiu!), a nie będziesz mieć w sercu miłości i miłosierdzia, wszystko będzie pustym gestem, pozbawionym fundamentu (por. 1Kor 13). Przykazania są wyrazem miłości Boga do człowieka, mają go chronić. Jeśli wypełniam je z miłości do Boga, będą odpowiedzią na Jego miłość. Jeśli to robię, bo „tak wypada”, bo tak jest dobrze, będą, owszem, realizacją np. Dekalogu czy Przykazań Kościelnych, ale niczym więcej. Kiedy dojdę do wprawy, mogę popaść w pychę, bo stwierdzę, ze radzę sobie bez Bożej łaski! (wywiedzione z kazania pewnego księdza R.).

Tak właśnie może być, kiedy jestem w Kościele dla ludzi, dla siebie i dla księdza. Przychodzę na Eucharystię, próbuję się z nim zaznajomić, przypodobać, żyję pobożnie itp. Ale kiedy on odchodzi, we mnie gaśnie gorliwość… Nie tak mamy żyć.

Myślę, że nieustannie musimy weryfikować swoją pobożność, nieustannie pytać się o uczciwość względem Boga i siebie samego. Jeśli będę dla Boga, wtedy niestraszna mi będzie zmiana proboszcza czy wikariusza. Pewnie poirytuje mnie, zanim się przyzwyczaję, ale i tych którzy drażnią – muszę pokochać 😉 Jesteśmy razem w sercu Boga, lepiej to zaakceptować i w tym sercu odnaleźć swoje miejsce.

Macierzyństwo

Bycie matką to błogosławieństwo, dar, radość itd. itp…. Czasami zastanawiam się, gdzie ja w tych wszystkich wzniosłych wartościach się zgubiłam. Gdzie są one, a gdzie ja?

Bywają dni, że nie umiem spojrzeć na moich synów jak na dar od Boga, jak na błogosławieństwo. Nie należą do tzw. „łatwych” dzieci. Zdarza się, że odbieram ich jako krnąbrnych, problemowych, czasami chamskich i raniących. A ja muszę ich wychować, dać im dobry start w dorosłość, nauczyć odpowiedzialności, obowiązkowości i tego wszystkiego, co sprawi, że odnajdą się w świecie. Chciałabym, żeby byli szczęśliwi. Dopiero skończył się okres wzmożonego buntu starszego, a zaczął się u młodszego. Kolej rzeczy, wiem. Zadaję sobie jednak pytanie – skąd oni tacy?

Dopada mnie frustracja, ale nie chcę się jej poddawać. Niemniej, uczucia pozostają, byle nie pozwolić im sobą rządzić…

Dani mi są na chwilę, na czas określony. Później pójdą swoją drogą. Jak być z nimi, cieszyć się ich życiem i nie zwariować, kiedy częściej mam wrażenie, że moje wysiłki spełzają na niczym, niż wydają dobre owoce?

Kiedyś usłyszałam słowa Małgosi Leśniewskiej (SNE Barnaba Poznań), że świat kradnie nam dzieci. Mówiła o tym przy okazji świadectwa swojego syna. Poruszyło mnie to i widzę, że tak jest. Ona ma rację. Walka ze światem jest nieustanna. Ja kontra świat wobec moich dzieci. Próba sił, wartości, uczuć. Ja mówię jedno, świat drugie – łatwiejsze i atrakcyjniejsze. Nie chcę ich stracić! Poruszam się często po omacku na mojej drodze wychowywania. Więcej tam pytań i wątpliwości niż pewnych rozwiązań. Pragnę, aby moi synowie byli szczęśliwi, aby byli prawymi ludźmi i żyli z Bogiem.

Czasami, będąc u kresu sił i wytrzymałości, wybucham. Sama staję się tą, która odpycha i rani. Ale są i takie chwile, kiedy zrzucam ciężar na Jezusa. Kiedy Jemu zadaję pytania – co dalej, co mam zrobić, jak zareagować? Dzieje się tak, jak w Ewangelii – „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a brzemię lekkie”. Mt 11,28-30. Bywa, że moje macierzyństwo jest jarzmem, brzemieniem wbijającym się w skórę, w serce, raniącym i powodującym bezsilność. Ale… jeśli oddaję to brzemię Jemu, to On daje mi swoje. To znaczy zmienia moją perspektywę patrzenia na macierzyństwo, na oddanie się dzieciom, na troskę o nie. Daje mi siły i rozbudza pomysły, jak sobie radzić w sytuacjach kryzysowych. Nie jest łatwo, brzemię pozostaje brzemieniem, ale to pobłogosławione brzemię. Przemienione mocą Jezusa. Jestem pokrzepiona, a moja dusza doznaje ukojenia.

Może na tym polega moje macierzyństwo? Na błogosławionym brzemieniu? Może fakt, że mogę oddać wszystkie troski Jezusowi, powinien stanowić o radości z faktu, ze jestem matką? Długa droga przede mną. Wierzę, że co dnia uczę się czegoś nowego o sobie i macierzyństwie. Kiedyś może zrozumiem sercem, jak wielkie błogosławieństwo mnie spotkało, na razie wie to mój rozum.

 

Zapisane w gwiazdach

Wczoraj dane mi było obejrzeć „Gwiazd naszych winę”. Film piękny, wzruszający, poruszający temat życia, miłości i śmierci. Młodzi bohaterowie zmagają się z chorobą – rakiem, żyją ze świadomością, że śmierć jest tuż obok. Ryzykiem jest poddanie się rodzącemu się uczuciu, ryzykiem jest dłuższy wyjazd, ryzykowne jest nawet pójście spać… A mimo tych przeciwności, zwątpień jest w nich chęć życia, radości. Bohaterka nie od razu daje się ponieść takim emocjom. Jest ostrożna, pragnienie miłości jednak zwycięża.

Jest w tym obrazie i miłość i przyjaźń. Więzy, jakie bohaterowie nawiązują ze sobą, są silne, silniejsze niż lęk, choroba, śmierć. Nie, nie jest zawsze różowo. Bywa trudno, egoistycznie, ryzykownie, boleśnie. Potrafią się jednak śmiać ze swego kalectwa, z ograniczeń narzucanych im przez chorobę. Poza tym wierzą, że miłość zapewni im wieczność. Nie pogrążą się w nicości i zapomnieniu, bo jak jedno odejdzie, to to drugie będzie pamiętać i kochać. A miłość, ta prawdziwa, trwa na wieki, wszystko przetrzyma.

Jaka zatem nauka dla „zdrowych”? Jesteśmy tu tylko na chwilę, trwamy w wieczności, stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. Jesteśmy zdrowi lub chorzy; ryzykujemy, kiedy pokochamy, kiedy oswoimy. Niezależnie od tego czy chorujemy, czy jesteśmy zdrowi, może nas trawić rak obojętności  i egoizmu.

Jak już pisałam wcześniej, związek, budowanie więzi są ryzykiem. Sądzę jednak, że bez ryzyka miłości życie jest uboższe. Może bezpieczniejsze, ale uboższe. Non omnis moriar – jak rzekł Horacy. Nie umrę, bo żyć będę w sercach tych, którzy mnie pokochają. Tak właśnie dzieje się w przypadku bohaterów.

Warto obejrzeć ów film. Warto uronić łzę, warto uwierzyć, że miłość możliwa jest pomimo ograniczeń, że jest silniejsza niż choroba i śmierć.

O związkach i ryzyku

Wpis ten rodził się długo, przerywany kolejnymi rozproszeniami, potrzebami dzieci i trudnościami natury lingwistycznej. Niedoskonały jest język, zbyt nikłe moje umiejętności, ale starałam się oddać choć w części zamysł tych rozważań. Miał rację Norwid, mówiąc, że sztuką jest „odpowiednie dać rzeczy słowo”…

Związki. Związek mężczyzny i kobiety. Związek międzyludzki. Każdy z nas spotkał się z jakimś rodzajem związku, więzi. Związki się nawiązują i rozwiązują. Niestety do ostatniego zjawiska dochodzi bardzo często. A co, jeśli kobieta/mężczyzna nie może wejść przez długi czas w związek? Gdzie tkwi przyczyna życia w samotności? Bóg stworzył nas do życia z kimś. Mamy tworzyć więzi. (Nie więzy!).

Niedawno przeczytałam następujące słowa: Wśród tych samotnych są kobiety ładne, zadbane, wykształcone, inteligentne. I trudno zrozumieć, dlaczego one są same, dlaczego nie udało im się założyć rodziny, dlaczego nikt się nimi nie zainteresował? Bo te kobiety, o których pani mówi, są często tak zaradne, tak samowystarczalne, tak samodzielne, że mężczyzna czuje się przy nich niepotrzebny. On chciałby się kobietą zaopiekować, dać jej poczucie bezpieczeństwa, obronić ją. A skoro ona jest taka doskonała, to co on jej może zaoferować? Mężczyzna myśli sobie, patrząc na taką doskonałą kobietę: żeby ona miała chociaż jakąś słabość, jakiś maleńki brak, żeby czegoś potrzebowała, ale ona jest silniejsza ode mnie. Niektóre kobiety zostały tak wychowane: masz być samodzielna, niezależna, samowystarczalna, masz liczyć tylko na siebie. (https://www.deon.pl/inteligentne-zycie/ona-i-on/art,372,o-milosci-bez-znieczulenia.html).

No dobrze, a jeśli taki sposób bycia nie wynika z wychowania, lecz jest sposobem wypracowanym przez konkretną kobietę po traumatycznych przejściach? Nie zakładam, że nie przyczyniła się do nich swoim sposobem bycia, czy poglądami, czy osobowością. Ale załóżmy, że żyła nadzieją na udany związek, kochającego męża, własny dom i dzieci, a życie przyniosło jej odrzucenie i poniżenie? Może była w jakimś związku, ale ten nie zakończył się małżeństwem albo małżeństwo było, ale zostało zerwane?

Czy nie jest tak, że wypracowujemy w sobie mechanizmy obronne, odrzucamy miłość, zanim w ogóle się pojawi, bo boimy się porażki? Gdzie ustalić granicę ochrony siebie i otwarcia na związek? Jak nie stać się zgorzkniałym malkontentem, lecz być człowiekiem otwartym na drugiego człowieka?

Obserwuję siebie i wiem, jak trudno jest zaufać ponownie – nie tylko „w związku ze związkiem”, lecz tak na co dzień, w kontaktach międzyludzkich, w nawiązywaniu przyjaźni, koleżeństwa, współpracy.

Nie poddaję się! Mimo pytań i obaw, podejmuję trud otwierania serca codziennie. Wiem, że nie zabraknie zranień i zawodów (obustronnych), jednak życie bez ryzyka miłości czy przyjaźni byłoby może bezpieczne, ale jakże nudne…

Wytrwałości w budowaniu więzi, sił ponad obawy, odwagi, przebaczenia zranień i nadziei – tego Wam i sobie życzę 🙂

 

Skupienie a podświadomość i inne dywagacje.

Zastanawiam się, dlaczego niekiedy trwam w skupieniu całą Mszę czy modlitwę, a niekiedy rozprasza mnie przelatująca mucha. Taki stan dotyczy często również bardziej prozaicznych czynności: czytanie, prasowanie, spacer. Dziś nie mogę się zorganizować, nie umiem zebrać myśli w jedno i w skupieniu wykonać tego, co zamierzyłam. Nawet teraz, pisząc, myśli mam rozbiegane, szukam słów, które wyrażą to, co konkretnie chcę.
Czeka mnie niebawem ważna rozmowa z osobą, z którą rozmawiać nie umiem. Projektuję w wyobraźni, jaki może mieć przebieg, obmyślam słowa, które wypowiem i które usłyszę. Czy to ma sens? Jasne, warto wiedzieć, co chce się powiedzieć, ale przeżywanie i rozpamiętywanie rozmowy, która jeszcze nie miała miejsca, to już chyba przesada… Niby o niej staram się nie myśleć, niby odsuwam od siebie, ale ona czyha, wygląda zza rogu myśli i staję się jej niewolnikiem. To pewnie odpowiedź na pytanie: skąd rozproszenia?
Jakaż dziwna jest ludzka podświadomość! Potężna, fascynująca, nurtująca i straszna zarazem. Nie boję się jej, ale zaprzyjaźnić się z nią nie potrafię. Nie chcę, żeby determinowała moje działania, żeby mnie ograniczała. Szukam od lat odpowiedzi, jak działać odważnie, pewnie, mimo jej podszeptów i szpileczek, które mi wbija w mózg. Wiem, że nie jestem z nią sama; wiem, że Jest Ktoś, kto jest od niej potężniejszy i ją zwyciężył. Jezus. A na ile Mu ufam? Na ile korzystam z serca rozumnego zakładającego jedność i myśli i uczuć, a na ile próbuję oddzielić serce od rozumu? Oj bałagan, bałagan ciągle.
Męstwa i odwagi mi trzeba, spojrzenia z perspektywy Jezusa, Jego oczami, z zaufaniem, że to jest wizja prawdziwa. Wtedy wszystko będzie na swoim miejscu, a trudna rozmowa nie będzie powodować rozproszeń, lecz stanie się okazją do zaufania troskliwej Miłości Boga.
Teraz do dzieła – trzeba to przepraktykować 🙂

Zachęcam do posłuchania: https://www.youtube.com/watch?v=6RGcb7alSk0 😀